Kodyfikacja polskiego prawa prywatnego i karnego w latach trzydziestych ubiegłego stulecia słusznie uchodziła za chlubę odrodzonej Rzeczypospolitej. Nowoczesne, precyzyjne i wolne od kazuistyki przepisy Kodeksu zobowiązań z 1933 roku oraz Kodeksu karnego z 1932 roku miały stanowić żelazny gwarant sprawiedliwości społecznej [WDU19330820598]. Życie ubezpieczonego robotnika miało ważyć tyle samo, co życie najwyższego urzędnika państwowego. Co jednak stałoby się, gdyby ówczesna temida musiała zmierzyć się z gorszącymi zjawiskami, które współcześnie rozpalają opinię publiczną – takimi jak sejmowy elitaryzm w publicznych szpitalach czy dramatyczne zabiegi uśmiercania rozwiniętych płodów?
Przyjrzyjmy się chłodnym okiem przedwojennym paragrafom. W ich świetle intencje i status społeczny sprawców szybko musiałyby ustąpić miejsca twardej literze prawa – również w wymiarze ich podstawowych praw obywatelskich.
Lekarz i dygnitarz przed sądem, czyli koniec „salonów VIP”
Wyobraźmy sobie sytuację, w której szpital publiczny – utrzymywany z twardych groszy składek ubezpieczonych robotników – wydziela specjalne, luksusowe gabinety dla posłów obozu rządzącego. Podczas gdy przeciętny obywatel czeka godzinami na pomoc, prominentny polityk przyjmowany jest poza kolejnością. Gdyby w wyniku takiego zaniedbania ucierpiał zwykły pacjent, przedwojenny aparat sprawiedliwości zadziałałby bez zbędnej zwłoki.
Na gruncie prawa cywilnego uderzenie w finanse i reputację szpitala byłoby bolesne:
Art. 134 k.z. (odpowiedzialność zwierzchnika): Dyrekcja lecznicy nie mogłaby zasłonić się niewiedzą. Szpital jako instytucja odpowiadałby w pełni za samowolę i błędy organizacyjne swoich lekarzy [WDU19330820598].
Art. 142 k.z. (nienależyte wykonanie zobowiązania): Niedopełnienie obowiązku udzielenia natychmiastowej pomocy stanowiłoby rażące złamanie umowy społecznej i medycznej z ubezpieczonym pacjentem [WDU19330820598].
Art. 162 k.z. (renta i koszty po śmierci żywiciela): Gdyby pacjent zmarł w kolejce, rodzina mogłaby domagać się od placówki dożywotnich rent, kalkulowanych na podstawie utraconych zarobków zmarłego [WDU19330820598].
Równie surowo podszedłby do sprawy sędzia karny. Lekarz w publicznej ubezpieczalni posiadał status funkcjonariusza. Porzucenie pacjenta na rzecz polityka wyczerpywało znamiona art. 286 k.k. (nadużycie władzy lub niedopełnienie obowiązków, zagrożone karą do 5 lat więzienia) oraz art. 244 k.k. (narażenie człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia).
Dramat w świetle prawa. Przypadek zabiegu in utero
Jeszcze mniejszy margines na dyskusję pozostawiała przedwojenna doktryna w obliczu intencjonalnego uśmiercenia w pełni rozwiniętego płodu w łonie matki. Gdyby lekarka w dziewiątym miesiącu ciąży zdecydowała się na wstrzyknięcie substancji toksycznej bezpośrednio w serce dziecka, motywując to wskazaniami społecznymi czy wadami rozwojowymi, sprawa ta wstrząsnęłaby opinią publiczną II RP.
Przedwojenne sądy podchodziły do takich stanów faktycznych w sposób wysoce pryncypialny:
Zabójstwo zamiast aborcji (Art. 225 k.k.): W ówczesnej myśli prawniczej dziecko zdolne do samodzielnego życia poza organizmem matki, znajdujące się w fazie przedporodowej, było traktowane jako człowiek. Śświadome i celowe odebranie mu życia za pomocą śmiertelnego zastrzyku zostałoby zakwalifikowane jako zabójstwo. Groziła za to kara więzienia od lat 5, dożywocie, a w skrajnych przypadkach nawet kara śmierci.
Sztywne granice wyjątków (Art. 233 k.k.): Ówczesny kodeks karny dopuszczał przerwanie ciąży wyłącznie w dwóch przypadkach: ścisłego ratowania życia i zdrowia matki (potwierdzonego konsylium) oraz gdy ciąża była wynikiem przestępstwa. Samowolne uśmiercenie dziecka z powodów eugenicznych czy osobistych poglądów lekarki spotkałoby się z natychmiastowym oskarżeniem.
Wina umyślna (Art. 240 k.z.): Na gruncie cywilnym działanie to zostałoby uznane za delikt popełniony z winy umyślnej (dolus directus). Łamało ono fundamentalny standard należytej staranności zawodowej, co uprawniało rodzinę do żądania wysokiego zadośćuczynienia za krzywdę moralną na podstawie art. 161 k.z. [WDU19330820598]
Wyroki, które odbierają obywatelstwo. Konsekwencje wyborcze
W II Rzeczypospolitej (szczególnie po wejściu w życie Konstytucji kwietniowej oraz nowej Ordynacji wyborczej z 8 lipca 1935 roku) system prawny nie pozwalał, by osoby skazane za zbrodnie lub rażące nadużycia władzy współdecydowały o losach państwa. Wyrok karny niósł za sobą automatyczną i bezwzględną instytucję tzw. śmierci cywilnej poprzez odebranie praw politycznych.
Dla posłów z „gabinetów VIP”: Zgodnie z art. 86 Ordynacji wyborczej do Sejmu, poseł skazany prawomocnie na utratę praw publicznych automatycznie tracił swój mandat. Co więcej, już w momencie wydania wyroku pierwszej instancji (nieprawomocnego), parlamentarzysta był zawieszany w czynnościach. Sąd – uznając egoizm polityczny za „niskie pobudki” – na mocy art. 47 § 2 k.k. orzekał utratę obywatelskich praw honorowych. Taki polityk tracił bezpowrotnie prawo kandydowania (bierne) oraz prawo głosowania (czynne) w jakichkolwiek kolejnych wyborach.
Dla lekarzy i dyrekcji szpitala: Urzędnicy medyczni skazani za przestępstwa urzędnicze (art. 286 k.k.) byli wykreślani z państwowych rejestrów wyborczych. Państwo odmawiało im prawa do wrzucenia głosu do urny, uznając ich za niegodnych miana pełnoprawnych obywateli.
Dla lekarki dokonującej zabiegu in utero: W przypadku skazania za zabójstwo (art. 225 k.k.) na karę dożywotniego więzienia lub długoletniego ciężkiego więzienia, sąd na mocy art. 47 § 1 k.k. miał obowiązek orzec utratę praw publicznych. Dla lekarki oznaczało to natychmiastowe i dożywotnie skreślenie z list wyborczych oraz utratę wszelkich praw politycznych. Zgodnie z art. 48 k.k., utrata ta automatycznie i nieodwołalnie pozbawiała ją również prawa do wykonywania zawodu.
Ostracyzm i koniec kariery
Warto pamiętać, że wyrok sądu powszechnego był często dopiero początkiem problemów sprawców. Sądownictwo dyscyplinarne Izb Lekarskich, działające na mocy ustawy z 1934 roku, niezwykle zazdrośnie strzegło honoru i etyki zawodu. Lekarz faworyzujący władzę kosztem umierających bądź medyk odbierający życie nienarodzonemu dziecku wbrew prawu, musieli liczyć się ze skreśleniem z listy członków izby.
Przedwojenny system prawny, choć tworzony w realiach głębokich podziałów politycznych, w obszarze ochrony życia i elementarnej uczciwości urzędniczej pozostawał spójny. Przepisy Kodeksu zobowiązań oraz Kodeksu karnego stanowiły tamę dla relatywizmu moralnego [WDU19330820598]. Pokazują one, że dla dawnych kodyfikatorów sprawiedliwość nie była kwestią światopoglądu, a złamanie ładu społecznego skutkowało całkowitym wykluczeniem ze wspólnoty obywatelskiej.

