Zmieniają się ustroje i rządy, ale jedno pozostaje niezmienne: bezduszność urzędów. Dlaczego współcześni posłowie wolą wojnę w blasku fleszy od realnej pomocy na prowincji?
Zmieniają się ustroje, przemijają rządy i ewoluuje prawo, ale jedno w polskim życiu publicznym pozostaje niezmienne: głęboka nieufność obywatela do państwowej machiny. Ponad osiemdziesiąt lat temu na sejmowej mównicy toczył się spór o to, czy poseł ma prawo mieszać się w sprawy urzędów skarbowych i starostw, by bronić skrzywdzonego człowieka. Choć dziś instrumenty prawne są bez porównania potężniejsze, z perspektywy szarego obywatela idea posła-mediatora wydaje się odchodzić w zapomnienie, ustępując miejsca bezwzględnej wojnie partyjnych plemion.
Lekcja historii: Poseł jako bezpiecznik systemu
Analizując historyczne debaty parlamentarne, uderza niezwykle trafna diagnoza natury państwa, jaką stawiali ówcześni politycy. Wskazywano wprost, że to nie wrogie ideologie czy spiski opozycji generują największe rewolucyjne wrzenie, ale… bezduszność samej administracji. Urzędnik, który nie przyjął petenta, błędy w naliczaniu podatków, opieszałość i arogancja władzy „na dole” – to tam rodziło się i nadal rodzi najsilniejsze niezadowolenie społeczne.
W tym układzie poseł miał pełnić funkcję unikalnego bezpiecznika. Wybrany w regionalnym okręgu, musiał wracać do swojego powiatu i osobiście wysłuchiwać gorzkich żalów. Była to – jak pisano – „rola mocno niewdzięczna”, wymagająca wzięcia na własne karki odpowiedzialności za grzechy całego aparatu państwowego. Misją parlamentarzysty było „wyrównywanie różnic” i przywracanie harmonii między obywatelem a Rządem. Co ciekawe, działo się to w czasach, gdy regulaminy sejmowe oficjalnie zakazywały tzw. interwencji, obawiając się – słusznie zresztą – politycznych nacisków i terroryzowania lokalnych naczelników.
Współczesność: Potężna broń w rękach partii
Z perspektywy XXI wieku mogłoby się wydawać, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Współcześni posłowie i senatorowie dostali do rąk potężną broń, o jakiej ich przedwojenni koledzy mogli tylko pomarzyć. Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora w art. 20 sankcjonuje tzw. interwencję poselską. Dziś parlamentarzysta ma ustawowe prawo wejść do każdego urzędu, sądu, szpitala czy spółki skarbu państwa, żądać wglądu w dokumenty i oczekiwać natychmiastowych wyjaśnień. Każdy poseł ma też obowiązek prowadzenia biura w swoim regionie, które powinno być otwartą bungalową dla problemów mieszkańców.
Jak ta teoria ma się do praktyki? Niestety, potężny mechanizm, który miał służyć bezstronnej obronie obywatela, został niemal całkowicie pożarty przez system ściśle partyjny.
Dzisiejsza interwencja poselska rzadko bywa neutralnym aktem sprawiedliwości społecznej. Stała się raczej narzędziem wojennej taktyki. Jeśli obywatel zostaje skrzywdzony przez instytucję kontrolowaną przez partię rządzącą, posłowie opozycji ruszają na miejsce w błysku fleszy i przed kamerami smartfonów. Cel jest jasny: uderzyć wizerunkowo w przeciwnika. Z kolei parlamentarzyści opcji rządzącej w takich sytuacjach nierzadko nabierają wody w usta, by nie szkodzić własnemu obozowi politycznemu. Obywatel i jego realny problem stają się jedynie tłem dla politycznego teatru.
Ucieczka z terenu w bezpieczny świat algorytmów
Największa zmiana dokonała się jednak w samym charakterze kontaktu na linii poseł-wyborca. Dawny parlamentarzysta musiał wyjechać „w teren”, stanąć twarzą w twarz z tłumem na wiejskim czy miejskim zgromadzeniu i przyjąć krytykę bez tarczy ochronnej.
Współczesny marketing polityczny skutecznie odciął posłów od tego ryzyka. Bezpośrednie, trudne debaty z przypadkowymi, często wściekłymi obywatelami zastąpiono bezpiecznymi, ściśle moderowanymi spotkaniami dla sprawdzonych zwolenników. Cała reszta aktywności przeniosła się do mediów społecznościowych. Tam, za parawanem algorytmów, łatwiej jest publikować starannie wyreżyserowane spoty, niż mierzyć się z rzeczywistymi pretensjami ludzi, którzy ucierpieli przez złą decyzję lokalnego urzędu skarbowego.
Powrót do korzeni?
Czy współcześni parlamentarzyści wypełniają zatem wymogi stawiane przed nimi przez tradycję polskiego parlamentaryzmu? Pod względem formalnym – tak. Biura działają, pisma są wysyłane, interwencje się odbywają. Pod względem moralnym i esencjonalnym – coraz rzadziej.
Prawdziwa misja poselska, polegająca na budowaniu pomostu między człowiekiem a państwem, wymaga porzucenia na chwilę partyjnych barw i spojrzenia na administrację jak na narzędzie, które ma służyć ludziom, a nie partii. Dopóki interwencja poselska będzie kojarzyć się głównie z konferencją prasową pod drzwiami ministerstwa, a nie z cichą, skuteczną pomocą dla mieszkańca małego powiatu, dopóty polski parlamentaryzm będzie zmagał się z kryzysem autentyczności. Warto czasem cofnąć się do starych sejmowych kronik, by przypomnieć sobie, po co w ogóle wysyłamy ludzi na Wiejską.
Zdjęcie: sejm.gov.pl

