Klub Gazety Polskiej na Żywiecczyźnie w obronie suwerenności. Trwają rozmowy o restytucji Konstytucji Kwietniowej!

Wielka akcja patriotyczna i edukacyjna Klubów Gazety Polskiej na Żywiecczyźnie nabiera tempa. W dniach 12 i 15 sierpnia Klub Gazety Polskiej w Żywcu rozstawił swój namiot-pawilon w centrach kolejnych beskidzkich miejscowości – tym razem w Milówce oraz Rychwałdzie. Celem działaczy jest nie tylko przybliżenie mieszkańcom bieżącej działalności klubu, ale przede wszystkim przeprowadzenie szerokich konsultacji społecznych i zbiórki podpisów pod petycją w sprawie restytucji Konstytucji Kwietniowej z 1935 roku.

Żywa lekcja historii i walka o naprawę Państwa

Inicjatywa budzi ogromne zainteresowanie lokalnej społeczności. Wielu mieszkańców Żywiecczyzny z wielkim entuzjazmem podchodzi do postulatu powrotu do fundamentalnego aktu prawnego II Rzeczypospolitej, który – co kluczowe – nigdy nie został formalnie i zgodnie z prawem uchylony.

Osoby popierające akcję jednoznacznie wskazują na pilną potrzebę głębokich zmian ustrojowych w dzisiejszej Polsce. Wśród najczęściej podnoszonych argumentów pojawia się postulat redukcji liczby posłów z obecnych 460 do 208, co pozwoliłoby na realne odchudzenie i usprawnienie aparatu władzy ustawodawczej. Mieszkańcy głośno domagają się także ukrócenia patologii związanych z immunitetem parlamentarnym. Zgodnie z duchem przedwojennego prawa, immunitet powinien chronić posła wyłącznie w ramach jego bezpośrednich prac sejmowych, a nie stanowić tarczy chroniącej przed odpowiedzialnością karną za pospolite czyny.

Wielkie poruszenie i aprobatę wywołuje również odwołanie do art. 33 Konstytucji z 1935 roku. Przepis ten jednoznacznie pozbawia praw wyborczych osoby o „niedostatecznym poziomie umysłowym lub moralnym”. Dla wielu rozmówców to jasny sygnał, że nadszedł czas na bezkompromisowe podniesienie standardów etycznych w polskiej polityce.

Pamięć o Bohaterach z Narodowych Sił Zbrojnych

Działalność Klubu Gazety Polskiej w Żywcu to także dbałość o odkłamywanie białych plam naszej historii. Namiot w Milówce i Rychwałdzie stał się miejscem spotkań dla wszystkich, którym bliska jest pamięć o podziemiu niepodległościowym.

Dzięki bliskiej współpracy z Fundacją im. Kazimierza Wielkiego, historyczni pasjonaci oraz młodzież mogli zaopatrzyć się w cenne publikacje książkowe poświęcone Narodowym Siłom Zbrojnym (NSZ). Przywracanie pamięci o żołnierzach wyklętych i formacjach narodowych na terenie Żywiecczyzny stanowi fundament budowy nowoczesnej tożsamości narodowej.

Cel: Dotrzeć do każdego Polaka

Sierpniowe spotkania w Milówce i Rychwałdzie to zaledwie kolejny etap wielkiego projektu edukacyjnego na mapie regionu. Pod petycją stale przybywa podpisów, a świadomość prawna i historyczna Polaków dynamicznie rośnie.

Działacze Klubu Gazety Polskiej w Żywcu zapowiadają, że to nie koniec intensywnej pracy. Do końca roku pozostało jeszcze kilka miesięcy, a cel jest jasny: dotrzeć z informacją o ciągłości prawnej Konstytucji Kwietniowej do jak najszerszego grona rodaków. Walka o silną, sprawiedliwą i opartą na solidnych fundamentach moralnych Polskę trwa!

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Cienie sanacyjnej rzeczywistości. Gdzie kończy się medycyna, a zaczyna paragraf?

Kodyfikacja polskiego prawa prywatnego i karnego w latach trzydziestych ubiegłego stulecia słusznie uchodziła za chlubę odrodzonej Rzeczypospolitej. Nowoczesne, precyzyjne i wolne od kazuistyki przepisy Kodeksu zobowiązań z 1933 roku oraz Kodeksu karnego z 1932 roku miały stanowić żelazny gwarant sprawiedliwości społecznej [WDU19330820598]. Życie ubezpieczonego robotnika miało ważyć tyle samo, co życie najwyższego urzędnika państwowego. Co jednak stałoby się, gdyby ówczesna temida musiała zmierzyć się z gorszącymi zjawiskami, które współcześnie rozpalają opinię publiczną – takimi jak sejmowy elitaryzm w publicznych szpitalach czy dramatyczne zabiegi uśmiercania rozwiniętych płodów?

Przyjrzyjmy się chłodnym okiem przedwojennym paragrafom. W ich świetle intencje i status społeczny sprawców szybko musiałyby ustąpić miejsca twardej literze prawa – również w wymiarze ich podstawowych praw obywatelskich.

Lekarz i dygnitarz przed sądem, czyli koniec „salonów VIP”

Wyobraźmy sobie sytuację, w której szpital publiczny – utrzymywany z twardych groszy składek ubezpieczonych robotników – wydziela specjalne, luksusowe gabinety dla posłów obozu rządzącego. Podczas gdy przeciętny obywatel czeka godzinami na pomoc, prominentny polityk przyjmowany jest poza kolejnością. Gdyby w wyniku takiego zaniedbania ucierpiał zwykły pacjent, przedwojenny aparat sprawiedliwości zadziałałby bez zbędnej zwłoki.

Na gruncie prawa cywilnego uderzenie w finanse i reputację szpitala byłoby bolesne:

Art. 134 k.z. (odpowiedzialność zwierzchnika): Dyrekcja lecznicy nie mogłaby zasłonić się niewiedzą. Szpital jako instytucja odpowiadałby w pełni za samowolę i błędy organizacyjne swoich lekarzy [WDU19330820598].

Art. 142 k.z. (nienależyte wykonanie zobowiązania): Niedopełnienie obowiązku udzielenia natychmiastowej pomocy stanowiłoby rażące złamanie umowy społecznej i medycznej z ubezpieczonym pacjentem [WDU19330820598].

Art. 162 k.z. (renta i koszty po śmierci żywiciela): Gdyby pacjent zmarł w kolejce, rodzina mogłaby domagać się od placówki dożywotnich rent, kalkulowanych na podstawie utraconych zarobków zmarłego [WDU19330820598].

Równie surowo podszedłby do sprawy sędzia karny. Lekarz w publicznej ubezpieczalni posiadał status funkcjonariusza. Porzucenie pacjenta na rzecz polityka wyczerpywało znamiona art. 286 k.k. (nadużycie władzy lub niedopełnienie obowiązków, zagrożone karą do 5 lat więzienia) oraz art. 244 k.k. (narażenie człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia).

Dramat w świetle prawa. Przypadek zabiegu in utero

Jeszcze mniejszy margines na dyskusję pozostawiała przedwojenna doktryna w obliczu intencjonalnego uśmiercenia w pełni rozwiniętego płodu w łonie matki. Gdyby lekarka w dziewiątym miesiącu ciąży zdecydowała się na wstrzyknięcie substancji toksycznej bezpośrednio w serce dziecka, motywując to wskazaniami społecznymi czy wadami rozwojowymi, sprawa ta wstrząsnęłaby opinią publiczną II RP.

Przedwojenne sądy podchodziły do takich stanów faktycznych w sposób wysoce pryncypialny:

Zabójstwo zamiast aborcji (Art. 225 k.k.): W ówczesnej myśli prawniczej dziecko zdolne do samodzielnego życia poza organizmem matki, znajdujące się w fazie przedporodowej, było traktowane jako człowiek. Śświadome i celowe odebranie mu życia za pomocą śmiertelnego zastrzyku zostałoby zakwalifikowane jako zabójstwo. Groziła za to kara więzienia od lat 5, dożywocie, a w skrajnych przypadkach nawet kara śmierci.

Sztywne granice wyjątków (Art. 233 k.k.): Ówczesny kodeks karny dopuszczał przerwanie ciąży wyłącznie w dwóch przypadkach: ścisłego ratowania życia i zdrowia matki (potwierdzonego konsylium) oraz gdy ciąża była wynikiem przestępstwa. Samowolne uśmiercenie dziecka z powodów eugenicznych czy osobistych poglądów lekarki spotkałoby się z natychmiastowym oskarżeniem.

Wina umyślna (Art. 240 k.z.): Na gruncie cywilnym działanie to zostałoby uznane za delikt popełniony z winy umyślnej (dolus directus). Łamało ono fundamentalny standard należytej staranności zawodowej, co uprawniało rodzinę do żądania wysokiego zadośćuczynienia za krzywdę moralną na podstawie art. 161 k.z. [WDU19330820598]

Wyroki, które odbierają obywatelstwo. Konsekwencje wyborcze

W II Rzeczypospolitej (szczególnie po wejściu w życie Konstytucji kwietniowej oraz nowej Ordynacji wyborczej z 8 lipca 1935 roku) system prawny nie pozwalał, by osoby skazane za zbrodnie lub rażące nadużycia władzy współdecydowały o losach państwa. Wyrok karny niósł za sobą automatyczną i bezwzględną instytucję tzw. śmierci cywilnej poprzez odebranie praw politycznych.

Dla posłów z „gabinetów VIP”: Zgodnie z art. 86 Ordynacji wyborczej do Sejmu, poseł skazany prawomocnie na utratę praw publicznych automatycznie tracił swój mandat. Co więcej, już w momencie wydania wyroku pierwszej instancji (nieprawomocnego), parlamentarzysta był zawieszany w czynnościach. Sąd – uznając egoizm polityczny za „niskie pobudki” – na mocy art. 47 § 2 k.k. orzekał utratę obywatelskich praw honorowych. Taki polityk tracił bezpowrotnie prawo kandydowania (bierne) oraz prawo głosowania (czynne) w jakichkolwiek kolejnych wyborach.

Dla lekarzy i dyrekcji szpitala: Urzędnicy medyczni skazani za przestępstwa urzędnicze (art. 286 k.k.) byli wykreślani z państwowych rejestrów wyborczych. Państwo odmawiało im prawa do wrzucenia głosu do urny, uznając ich za niegodnych miana pełnoprawnych obywateli.

Dla lekarki dokonującej zabiegu in utero: W przypadku skazania za zabójstwo (art. 225 k.k.) na karę dożywotniego więzienia lub długoletniego ciężkiego więzienia, sąd na mocy art. 47 § 1 k.k. miał obowiązek orzec utratę praw publicznych. Dla lekarki oznaczało to natychmiastowe i dożywotnie skreślenie z list wyborczych oraz utratę wszelkich praw politycznych. Zgodnie z art. 48 k.k., utrata ta automatycznie i nieodwołalnie pozbawiała ją również prawa do wykonywania zawodu.

Ostracyzm i koniec kariery

Warto pamiętać, że wyrok sądu powszechnego był często dopiero początkiem problemów sprawców. Sądownictwo dyscyplinarne Izb Lekarskich, działające na mocy ustawy z 1934 roku, niezwykle zazdrośnie strzegło honoru i etyki zawodu. Lekarz faworyzujący władzę kosztem umierających bądź medyk odbierający życie nienarodzonemu dziecku wbrew prawu, musieli liczyć się ze skreśleniem z listy członków izby.

Przedwojenny system prawny, choć tworzony w realiach głębokich podziałów politycznych, w obszarze ochrony życia i elementarnej uczciwości urzędniczej pozostawał spójny. Przepisy Kodeksu zobowiązań oraz Kodeksu karnego stanowiły tamę dla relatywizmu moralnego [WDU19330820598]. Pokazują one, że dla dawnych kodyfikatorów sprawiedliwość nie była kwestią światopoglądu, a złamanie ładu społecznego skutkowało całkowitym wykluczeniem ze wspólnoty obywatelskiej.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

ZAPADŁY BRUK I ROZPROSZONA ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Czego o współczesnych remontach mogłaby nauczyć nas Druga Rzeczpospolita?

Historia kołem się toczy, ale na remontowanych ulicach wielu naszych miast owo koło regularnie wpada w tę samą dziurę. Po raz kolejny uwaga opinii publicznej zostaje przyciągnięta przez osiadającą nawierzchnię w reprezentacyjnym punkcie zabytkowego centrum. Kolejny remont, kolejne poprawki i ten sam, niezmienny od lat schemat. Spoglądając na powtarzające się utrudnienia drogowe, trudno oprzeć się wrażeniu, że współczesne procedury nadzorcze cierpią na chroniczną niemoc. Gdyby dzisiejsi wykonawcy oraz odbierający ich pracę urzędnicy przenieśli się w czasie o równe dziewięćdziesiąt lat wstecz – do realiów Drugiej Rzeczypospolitej – zderzenie z ówczesną rzeczywistością prawną byłoby dla nich bolesnym doświadczeniem.

Przedwojenny bat na niesolidność

W latach 30. XX wieku w Polsce nie znano pojęcia nieskończonych, przeciągających się w nieskończoność procedur naprawczych, które paraliżują życie miast. Wychodzono z prostego założenia: środki publiczne wymagają najwyższego rygoru, a rzemiosło – bezwzględnej rzetelności.

Gdyby w tamtych realiach nowo wybrukowany trakt w sercu miasta zapadł się niedługo po hucznym odbiorze technicznym, ówczesny Magistrat nie ograniczałby się do wysyłania uprzejmych monitów. Odpowiedź administracji państwowej i samorządowej byłaby natychmiastowa, chirurgiczna i dotkliwa.

Po pierwsze, konsekwencje dotykałyby bezpośrednio osób odpowiedzialnych za nadzór. Na mocy restrykcyjnego Prawa Budowlanego z 1928 roku, kierownik robót, który dopuściłby do rażących błędów technologicznych (takich jak złe zagęszczenie podłoża), ryzykowałby natychmiastowe, dyscyplinarne odebranie państwowych uprawnień inżynierskich. W tamtych czasach oznaczało to wilczy bilet – cywilną śmierć w zawodzie i faktyczny zakaz startu w jakichkolwiek przetargach publicznych na terenie całego kraju.

Kaucje, weksle i widmo marginalizacji

Po drugie, przedwojenny system restrykcyjnie podchodził do finansowych zabezpieczeń interesu publicznego. Przystępując do przetargu, firma musiała złożyć potężne zabezpieczenie finansowe – gotówkowe wadium lub twarde weksle gwarancyjne.

W przypadku powtarzających się wad, lokalne władze nie zwlekały z radykalnymi krokami. Administracja miała prawo zatrzymać zdeponowane środki, uruchomić tzw. wykonanie zastępcze na koszt pierwotnego wykonawcy i powierzyć naprawę innej, sprawdzonej firmie. Bez konieczności prowadzenia wieloletnich, blokujących inwestycję sporów sądowych. Taki obrót spraw dla niesolidnego przedsiębiorcy oznaczał natychmiastową utratę płynności finansowej i definitywny koniec kariery na rynku zamówień publicznych.

Jawność bez taryfy ulgowej

W II RP nie istniała także anonimowość, za którą dziś tak chętnie chowają się podwykonawcy czy konsorcja. Lokalne media bez przeszkód i z pełną surowością opisywały przypadki drogowych fuszerek, podając do publicznej wiadomości nazwy firm odpowiedzialnych za paraliż komunikacyjny. Taki bojkot społeczny i biznesowy skutecznie eliminował z rynku tych, którzy nie potrafili podołać standardom technologicznym.

Dziś, patrząc na ponowne łatanie, rozkopywanie i poprawianie tych samych odcinków dróg, widzimy syndrom naszych czasów: systemowo rozproszoną odpowiedzialność, proceduralny paraliż decyzyjny oraz mechanizmy, w których ciągłe poprawki i aneksy terminowe stają się stałym elementem krajobrazu inwestycyjnego. Sytuacja ta rodzi uzasadnione pytania o to, kto tak naprawdę ponosi koszty społeczne i organizacyjne takich opóźnień.

Przedwojenny bruk w wielu miejscach potrafił przetrwać bez szwanku dekady, ponieważ kładziono go z pełną świadomością nieuchronnych i surowych konsekwencji za najmniejsze uchybienie. Może zamiast mnożyć kolejne nieskuteczne protokoły i zgłoszenia reklamacyjne, współcześni decydenci powinni sięgnąć do historycznych wzorców egzekwowania umów? Ku przestrodze wykonawców i ku realnemu pożytkowi publicznemu.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Wielu woli milczeć za cenę świętego spokoju. Gdzie podziała się wolność ufundowana na Dekalogu?

Zbigniew Herbert o projekcie konstytucji 1997 roku

„Przedstawiony projekt konstytucji odrzucam w całości.

Po pierwsze, ze względów może frywolnych, to jest stylistycznych, ale niestety – taki mam zawód. To elaborat napisany fatalną polszczyzną. A przecież będzie lekturą dzieci i młodzieży.

Po wtóre, z punktu widzenia prawnego i merytorycznego jest to wypracowanie wręcz haniebne, w którym odsyła się czytelnika do nieistniejących ustaw, roi się w nim też od mętnych sformułowań, mających zapewne przykryć treści i zapowiedzi zgoła groźne – system o fasadzie kapitalistycznej, którego istotę stanowi gardząca społeczeństwem oligarchia, posiadająca wszystkie kluczowe urzędy i stanowiska finansowo-polityczne”.

Kiedy w latach 90. rodziła się Trzecia RP, Polakom wmawiano, że wchodzą do krainy powszechnej wolności i sprawiedliwości. Jednak ci, którzy zachowali trzeźwość umysłu, od razu dostrzegli, że pod pięknymi, demokratycznymi hasłami kryje się perfidne oszustwo. Zbigniew Herbert, narodowy wieszcz i człowiek o niezłomnym kręgosłupie moralnym, nie miał złudzeń. Czytając projekt konstytucji z 1997 roku, odrzucił go w całości. Nazwał ten dokument „wypracowaniem wręcz haniebnym”, uderzającym mętnością sformułowań. Herbert jako jeden z nielicznych miał odwagę głośno powiedzieć to, co elity okrągłostołowe próbowały zamieść pod dywan. Nowa ustawa zasadnicza miała legitymizować system o fasadzie kapitalistycznej, którego istotę stanowiła gardząca społeczeństwem, postkomunistyczna oligarchia.

Dziś, po latach, słowa Księcia Poetów brzmią jak prorocze oskarżenie. Pokazują anatomię systemowego zakłamania, które zatruło tkankę społeczną naszego kraju.

Haniebny pakt i ucieczka od Dekalogu

Jak to możliwe, że naród o tak bogatej historii walki o niepodległość, naród odwołujący się do chrześcijańskich korzeni i Dekalogu, pozwolił na wpisanie kłamstwa w fundamenty własnego państwa? Odpowiedź jest bolesna, ale trzeba ją wyartykułować głośno. Część społeczeństwa dała się złapać w pułapkę materialistycznego konformizmu. Zamiast budować Polskę opartą na prawdzie i sprawiedliwości, wybrano haniebny pakt z postkomunistycznym układem. Państwo oligarchiczne zaoferowało prostą transakcję: wy zrezygnujecie z rozliczenia komunistycznych zbrodni, pozwolicie nam uwłaszczyć się na majątku narodowym i zająć kluczowe stanowiska finansowo-polityczne, a w zamian dostaniecie nienaruszalność waszej prywatnej strefy komfortu.

To klasyczny syndrom niewolników, dla których najwyższą formą wolności stała się pełna miska zupy. Ósme przykazanie Bożego dekalogu – „Nie mów fałszywego świadectwa” – zostało przez piewców nowego ładu sprowadzone do roli przedpotopowego reliktu. W imię „świętego spokoju” i zachowania materialnych ochłapów ze stołu oligarchów, milcząco zaakceptowano ustrój, w którym prawda stała się towarem deficytowym.

Fasada dla naiwnych

System stworzony przez beneficjentów transformacji był i jest mistrzostwem świata w dziedzinie hipokryzji. Ma on wszystkie zewnętrzne znamiona nowoczesnego, zachodniego państwa. Są wolne wybory, są kolorowe media, są piękne banknoty. Ale to tylko dekoracje dla naiwnych. Za tą fasadą kryje się bezwzględna kasta, która przejęła urzędy i kapitał, patrząc na zwykłego Polaka z pogardą i wyższością.

Ludzie, którzy godzą się na ten stan rzeczy w zamian za rzekome bezpieczeństwo socjalne, sami nakładają sobie obrożę na szyję. To iluzja wolności. Człowiek prawdziwie wolny nie handluje prawdą w zamian za pełny żołądek. Naród wyznający sprawiedliwość społeczną opartą na prawie Bożym nie może tolerować sytuacji, w której kłamstwo staje się prawem, a cwaniactwo i powiązania z dawnym aparatem bezpieczeństwa – kluczem do sukcesu.

Czas odrzucić zakłamanie

Dziedzictwo Zbigniewa Herberta to nieustanne wezwanie do narodowego rachunku sumienia. Poeta przypomina nam, że zdrada wartości zawsze zaczyna się od kapitulacji języka i zgody na mętne kompromisy. Trzecia RP, ufundowana na relatywizmie i kłamstwie założycielskim, próbowała wychować nowego, posłusznego obywatela – pozbawionego pamięci historycznej, zadowolonego z minimum egzystencji, głuchego na moralne imperatywy.

Czas najwyższy odrzucić to ustrojowe zakłamanie. Wolny Polak to człowiek, który ponad pełną miskę stawia godność, honor i prawdę. Tylko powrót do jednoznacznych zasad moralnych, do odważnego nazywania dobra dobrem, a zła złem, pozwoli nam zrzucić pęta fasadowego systemu i zbudować Polskę prawdziwie sprawiedliwą. Polskę, jakiej chciał i o jaką walczył Herbert.

«Czym jest historia, w której tkwimy? To orgia panoszącej się nieprawości. A przecież zawsze znajdzie się garstka sprawiedliwych, którzy w tej zawierusze przechowają podstawowe wartości. Chodzi o to, by znaleźć się w tym gronie» – powtarzał Zbigniew Herbert

Źródło: Monitor Wołyński https://monitorwolynski.com/pl/news/5059-25-lat-temu-zmarl-zbigniew-herbert#

Zdjęcie: Monitor Wołyński

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Stalowa Wola, czyli polski cud gospodarczy. Jak przedwojenna elita rzuciła wyzwanie potęgom świata

W zaledwie 625 dni na piaszczystych nieużytkach Podkarpacia wyrósł pomnik polskiej niezależności, geniuszu inżynieryjnego i niezłomnej woli walki o suwerenność. Stalowa Wola – perła Centralnego Okręgu Przemysłowego – do dziś pozostaje symbolem tego, jak wielkich rzeczy potrafi dokonać naród, gdy jego przywódcy kierują się racją stanu, a nie obcym interesem.

Gdy w marcu 1937 roku w lasach w widłach Wisły i Sanu wbito pierwsze łopaty pod budowę Zakładów Południowych, zagraniczni obserwatorzy kręcili głowami z niedowierzaniem. Architekci geopolitycznego układu sił dawali odrodzonej Rzeczypospolitej nikłe szanse na przetrwanie między dwoma totalitarnymi żarnami – sowiecką Rosją a hitlerowskimi Niemcami. Odpowiedź Warszawy była jednak twarda, suwerenna i skrojona na miarę mocarstwa. Pod wodzą wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego ruszył proces, który miał raz na zawsze zerwać z łatką Polski jako kraju zacofanego i rolniczego.

Architektura polskiej dumy

Projekt Stalowej Woli nie był ślepym kopiowaniem zachodnich, bezdusznych wzorców. Warszawscy architekci Bronisław Rudziński i Stefania Skibniewska stworzyli wizję miasta-ogrodu, w którym nowoczesny przemysł zbrojeniowy idealnie współgrał z polską przyrodą. Szanowano każdy skrawek rodzimej ziemi – puszczańskie sosny nie szły pod topór bezmyślnie; budynki wznoszono wprost wśród dojrzałego, naturalnego lasu.

Architektura miasta stała się manifestacją nowoczesności. Geometryczne, modernistyczne bryły budynków pokryto tynkiem z domieszką miki. W promieniach słońca bloki i gmachy urzędowe dosłownie błyszczały, pokazując światu blask rodzącej się nowoczesnej Polski. Prestiżowe obiekty, z kultowym hotelem „Hutnik” na czele, zyskały luksusowy sznyt w stylu art déco. Pokazano w ten sposób, że polski robotnik i inżynier zasługują na przestrzeń najwyższej, światowej jakości.

Solidność przeciwko bylejakości

Prawdziwym fenomenem była jednak jakość wykonywanych prac. W świecie, gdzie wielkie inwestycje często kojarzyły się z wyzyskiem lub pośpieszną fuszerką, państwo polskie postawiło na bezkompromisowy perfekcjonizm. Używano szlachetnych materiałów – klinkieru, kamienia i najlepszych stopów stali.

Mieszkania dla robotników, majstrów i kadry inżynierskiej projektowano tak, by zapewnić im maksymalne nasłonecznienie, higienę i komfort. To było budowanie z myślą o pokoleniach. Trwałość tych murów, które bez szwanku przetrwały pożogę wojenną i dekady komunistycznego zaniedbania, to najlepszy dowód na to, jak wysokie standardy obowiązywały w przedwojennej Polsce.

Lekcja dla współczesnych

W niecałe dwa lata, na przekór kryzysom i niedowiarkom, stworzono od zera potężny kombinat i nowoczesne miasto. Stalowa Wola udowodniła, że „chcieć to móc”, jeśli tylko polskie sprawy znajdują się w rękach patriotów posiadających dalekowzroczną wizję rozwoju kraju.

Nazwa miasta, zaczerpnięta ze słów gen. Tadeusza Kasprzyckiego o „stalowej woli narodu polskiego”, zobowiązuje do dziś. To nie tylko karta z podręcznika historii – to wciąż żywy drogowskaz pokazujący, że kluczem do bezpieczeństwa i dobrobytu jest własny, silny przemysł oraz niezłomna wiara we własne siły.

Zdjęcie: facebook (Stalowa Wola dawniej)

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Prezenty Stalina

Czy ktoś jeszcze pamięta czym nas obdarował „Batiuszka” prócz „Pałacu” Kultury i Nauki w środku Warszawy? Rządem oczywiście; powołanym już 22 lipca 1944 roku. Czymś się przecież trzeba było zająć w oczekiwaniu, aż Niemcy uporają się ostatecznie z całkowitym zrujnowaniem Warszawy.


Później, na cześć tego wydarzenia, a może dla jego osłody, przemianowano fabrykę czekoladek „dawniej E. Wedel” na „22 lipca”. Tak się szczęśliwie złożyło, że fabryka była po praskiej stronie stolicy i nie została zburzona przez niemieckich nadludzi.


Kanty przy okrągłym stole też potrzebowały jakichś słodkich symboli, wrócono więc do przedwojennej, prawie koniecznej nazwy, ale żeby pokolenie wychowane w PRL-u wiedziało co je, dopisano „dawniej 22 lipca”.


Teraz rząd mamy z nadania Berlina z porozumieniem zapewne z Moskwą. W porównaniu z tamtym, sprzed siedemdziesięciu dwóch lat, ten obecny, niestety sami sobie daliśmy narzucić.

Autor: Małgorzata Todd

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Od Mościckiego do „Słowika”. Moralna przepaść między elitami II i III RP

III RP

Przekazanie całego dorobku życia narodowi kontra ułaskawianie mafiozów, uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury i lojalność wobec Moskwy. Porównanie etosu przedwojennych budowniczych Gdyni z postawą wielkorządców tzw. III RP obnaża głęboki kryzys moralny, z jakim do dziś zmaga się nasza ojczyzna. Jak to się stało, że wielkich patriotów zastąpili ludzie z mroczną przeszłością w komunistycznym aparacie represji?

Często zadajemy sobie pytanie, na czym polega tragiczny paradoks polskiej transformacji ustrojowej po 1989 roku. Odpowiedź staje się boleśnie prosta, gdy zestawimy ze sobą sylwetki przywódców przedwojennej, dumnej Rzeczypospolitej z ludźmi, którzy zasiedli w pałacach władzy pod koniec XX wieku. To nie jest zwykła różnica poglądów politycznych – to cywilizacyjna i moralna przepaść, która zaważyła na losach milionów Polaków.

Etos służby i narodowy dar

Przypomnijmy postać prof. Ignacego Mościckiego. Wybitny naukowiec, światowej sławy chemik i wynalazca, którego patenty mogły przynieść mu niewyobrażalny prywatny majątek. Co zrobił Mościcki w obliczu śmiertelnego zagrożenia ojczyzny w 1939 roku? Bez wahania przepisał cały swój dorobek, wszystkie prawa patentowe i majątek na rzecz Skarbu Państwa. Dla tamtego pokolenia – wychowanego na ideałach niepodległości – państwo było wartością świętą. Służba Polsce wymagała oddania wszystkiego, co najcenniejsze.

Jak na tym tle wyglądają postacie, które kreowano na „ojców założycieli” współczesnej Polski?

Czerwona pajęczyna i szafy pełne haków

Na najwyższym urzędzie w państwie, z nadania tzw. Sejmu kontraktowego, zasiadł najpierw Wojciech Jaruzelski. Sowiecki namiestnik, dyktator, który rękami ZOMO i SB dławił krwawo wolnościowe zrywy Polaków i wprowadził stan wojenny. Zamiast rozliczenia zbrodni komunizmu, zafundowano nam spektakl „grubej kreski”.

Potem nadeszła era Lecha Wałęsy – człowieka, którego legenda pękła z hukiem wraz z otwarciem szafy Kiszczaka. Dokumenty Instytutu Pamięci Narodowej nie pozostawiają złudzeń: nim Wałęsa stanął na czele „Solidarności”, w latach 70. uwikłał się w haniebną współpracę z bezpieką jako TW „Bolek”. Ukoronowaniem tej prezydentury stał się porażający skandal z 1993 roku, kiedy to Wałęsa podpisał ułaskawienie dla Andrzeja Z. „Słowika” – jednego z bossów krwawej mafii pruszkowskiej.

Gdy naród ubożał w wyniku dzikiej prywatyzacji, postkomunistyczna kasta zajęta była tzw. uwłaszczeniem nomenklatury. Dawni kacykowie z PZPR, oficerowie służb i ich protegowani przejmowali za bezcen majątek wypracowany przez pokolenia Polaków. Symbolem tego układu stał się Aleksander Kwaśniewski – prominentny działacz komunistycznej młodzieżówki, który w latach 90. płynnie zamienił legitymację partyjną na garnitur europejskiego salonowca. Układ zacieśniał się wokół własnych interesów, czego dowodem były kolejne kontrowersyjne ułaskawienia, jak chociażby w przypadku Zbigniewa Sobotki, bohatera afery starachowickiej.

W realiach II RP: Poza nawiasem życia publicznego

Warto zadać pytanie, jak potoczyłyby się losy polityków, którzy odgrywali kluczowe role w Polsce po 1989 roku, gdyby przyszło im funkcjonować w realiach II Rzeczypospolitej. Konstytucja kwietniowa z 1935 roku oraz ówczesne ordynacje wyborcze budowały państwo oparte na silnej władzy centralnej i jednoznacznym etosie niepodległościowym, które bezkompromisowo odrzucało radykalne ideologie lewicowe.

W tamtym systemie prawnym osoby aktywnie powiązane z ruchem komunistycznym byłyby całkowicie wykluczone z legalnego życia politycznego. Komunistyczna Partia Polski (KPP) była formacją nielegalną, uznawaną za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Gdyby polityk o profilu Aleksandra Kwaśniewskiego angażował się w ówczesną działalność komunistyczną, zamiast kariery państwowej musiałby liczyć się z surowymi sankcjami przewidzianymi w Kodeksie karnym z 1932 roku za dążenie do zmiany ustroju. Co więcej, rygorystyczne przepisy ordynacji wyborczej dawały Zgromadzeniom Okręgowym pełną kontrolę nad listami kandydatów, co pozwalało na eliminację osób, których lojalność wobec państwa budziła wątpliwości władz. Wobec najbardziej radykalnych działaczy zagrażających porządkowi publicznemu administracja sanacyjna stosowała także osadzenie w Miejscu Odosobnienia w Berezie Kartuskiej.

Równie niemożliwa byłaby kariera wojskowa i polityczna osoby o biografii Wojciecha Jaruzelskiego. Wojsko Polskie II RP podlegało ścisłej kontroli kontrwywiadowczej (słynnej „Dwójki”). Jakiekolwiek podejrzenia o sympatie marksistowskie lub współpracę z aparatem politycznym Związku Sowieckiego skutkowałyby natychmiastowym wszczęciem postępowania dyscyplinarnego, usunięciem z szeregów armii oraz postawieniem przed sądem wojskowym za naruszenie przysięgi i bezpieczeństwa kraju.

Z kolei postać o profilu Lecha Wałęsy – przywódcy masowego, oddolnego ruchu związkowego – napotkałaby barierę w postaci elitarnej konstrukcji Konstytucji kwietniowej. Ówczesny ustrój marginalizował znaczenie partii i masowych ruchów społecznych na rzecz technokratycznego zarządzania państwem przez wyselekcjonowane elity. Skomplikowany mechanizm wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Elektorów skutecznie uniemożliwiał zdobycie najwyższego urzędu osobom spoza zamkniętego, niepodległościowego obozu sanacyjnego.

Lekcja dla współczesnych

Porównanie to obnaża fundamentalny grzech założycielski III RP. Brak dekomunizacji, brak lustracji i zgoda na to, by dawni oprawcy i ich współpracownicy rządzili wolną Polską, doprowadziły do odwrócenia pojęć. Przez lata promowano cynizm, cwaniactwo i lojalność wobec obcych stolic, niszcząc bezinteresowny patriotyzm i państwowotwórczy etos, którym żyli nasi przodkowie.

Odzyskanie pamięci historycznej i budowa państwa opartego na prawdzie oraz uczciwości to nasz moralny obowiązek wobec pokolenia Mościckiego, Piłsudskiego i wszystkich tych, dla których Polska nie była łupem, lecz najświętszą sprawą.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Nowe kierunki i sukcesy polskiego handlu zagranicznego. Przełomowy rok 1937

Ostatnie miesiące przyniosły głębokie przeobrażenia w strukturze polskiej wymiany handlowej. Równolegle ze wzrostem obrotów na rynku europejskim, kluczowego znaczenia nabiera handel zamorski. Sukcesy w relacjach z Francją oraz rekordowa wymiana ze Stanami Zjednoczonymi to główne filary nowej polityki gospodarczej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Zamorski zwrot po surowce i rynki zbytu

Dotychczasowa mapa polskich kontaktów handlowych ulega dynamicznej transformacji. Choć obrót z tradycyjnymi partnerami w Europie systematycznie rośnie, to dynamika wymiany z krajami zamorskimi wysunęła się na pierwszy plan.

Kierunek zamorski stał się dla kraju kluczowy z dwóch powodów:

Źródło zaopatrzenia: stamtąd sprowadzamy kluczowe dla rozwoju przemysłu surowce.

Cel ekspansji: kraje te stały się nowym, silnym punktem ciężkości dla polskiego eksportu.

Przełom w relacjach z Paryżem

Kamieniem milowym ubiegłego lata było podpisanie ważnego traktatu handlowego z Francją. Po raz pierwszy w historii rząd francuski oficjalnie uznał fundamentalną dla nas zasadę ekonomiczną.

Spłata polskich długów i zobowiązań finansowych wobec Francji jest bezpośrednio powiązana z możliwościami handlowymi. Polska ma prawo do uzyskiwania nadwyżki eksportu nad importem w relacjach z Paryżem.

To rewolucyjne podejście w dyplomacji gospodarczej już teraz przynosi pierwsze, bardzo pomyślne rezultaty dla krajowego bilansu płatniczego.

POLSKI EKSPORT DO USA (1937) [====================] 100 000 000 ZŁ (Pokrycie importu z USA: 70%)

Rekordowy bilans z Ameryką i plany na przyszłość

Największa i najbardziej optymistyczna zmiana zaszła jednak w obrotach ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. W roku 1937 wartość polskiego eksportu za Ocean Atlantycki osiągnęła historyczny poziom 100 000 000 złotych. Kwota ta pozwoliła na pokrycie aż 70% wartości towarów sprowadzanych z Ameryki.

Choć czas pokaże, na ile ten wynik jest trwałą tendencją, a na ile zasługą przejściowej koniunktury, Warszawa nie zamierza marnować tej szansy. Głównym zadaniem dyplomacji gospodarczej na bieżący rok będą wielkie negocjacje nad nowym traktatem handlowym z USA. Jego celem będzie dostosowanie naszych obrotów do zmieniających się wymagań amerykańskiej polityki handlowej oraz pełne zabezpieczenie dotychczasowych zdobyczy eksportowych.

Sukcesy te nie byłyby możliwe bez systematycznego wsparcia instytucjonalnego. Ministerstwo Spraw Zagranicznych konsekwentnie i metodycznie rozbudowuje sieć placówek dyplomatycznych, których głównym zadaniem jest opieka nad polskim eksportem i pomoc rodzimym przedsiębiorcom na rynkach globalnych.

Od obrony do ofensywy: Przełom w propagandzie prasowej

Równolegle z ekspansją ekonomiczną, resort dyplomacji notuje znaczące sukcesy na polu działalności masowo-propagandowej. Przedstawione materiały dowodzą, że krajowa służba informacyjna działa z coraz większą sprężystością i szybkością.

Kluczową zmianą jakościową jest całkowite przeformułowanie doktryny informacyjnej. Na wszystkich polach operacyjnych Polska zrezygnowała z dotychczasowej, wyłącznie obronnej postawy. Zastąpiła ją ożywiona i dynamiczna akcja ofensywna w prasie zagranicznej, mająca na celu aktywne kształtowanie pozytywnego wizerunku państwa i jego interesów gospodarczych.

Technologiczne bariery i wyzwanie radiofonii krótkofalowej

Mimo doskonałych założeń strategicznych i zapału kadr, nowa ofensywa informacyjna napotyka na poważny opór materii. Największą słabością polskiego aparatu propagandowego jest jego przestarzałe wyposażenie techniczne. Aby sprostać wymaganiom nowoczesnej techniki, infrastruktura ta wymaga natychmiastowej i gruntownej modernizacji

Szczególnie palącym problemem jest łączność radiowa. Sytuacja w tym sektorze przedstawia się alarmująco:

Odcięta Polonia: Emigranci zamorscy znajdują się obecnie całkowicie poza zasięgiem żywego słowa nadawanego z macierzy.

Szwankująca propaganda: Audycje radiowe kierowane bezpośrednio do odbiorców zagranicznych w dużym stopniu zawodzą z powodów technicznych.

Brak silnych nadajników krótkofalowych uniemożliwia skuteczną rywalizację w globalnej wojnie informacyjnej. Wobec tych zaniedbań, kluczowym zadaniem Ministerstwa Spraw Zagranicznych na najbliższy okres musi być drastyczne zwiększenie wysiłków i nakładów finansowych na rozbudowę nowoczesnej sieci radiowej. Sukces ekonomiczny kraju potrzebuje bowiem trwałego, technologicznego wsparcia ze strony potężnego medium, jakim jest radio.

Społeczno-polityczne wyzwania: Demografia i walka o kolonialne surowce

Działalność Ministerstwa to jednak nie tylko czysty handel i propaganda. Trzecim, niezwykle istotnym pionem pracy resortu stały się zagadnienia społeczno-polityczne: kwestie populacyjne, kolonizacyjne, surowcowe, kulturalne oraz opieka prawna nad rodakami rozsianymi po całym świecie. Co warte podkreślenia, obszary te udało się skutecznie uspołecznić, wciągając w ich orbitę liczne organizacje pozarządowe i budząc żywe zainteresowanie opinii publicznej.

Potrzeba ta wynika bezpośrednio z dramatycznej sytuacji wewnętrznej kraju. Polska stoi obecnie przed koniecznością przeprowadzenia błyskawicznej industrializacji:

Demograficzny nacisk: Przeludniona polska wieś generuje ogromny przyrost naturalny, wynoszący około 400 000 osób rocznie.

Bariera zaopatrzeniowa: Bezpośredni dostęp do surowców i nowych terenów osiedleńczych stał się kwestią polskiej racji stanu

Uzależnienie od pośredników: Aż połowę (ok. 50%) całego naszego importu stanowią towary kolonialne, które sprowadzamy drogą okrężną przez obcy handel, przepłacając marże.

STRUKTURA IMPORTU RZECZYPOSPOLITEJ [========== ] 50% Towary kolonialne (sprowadzane przez obcych pośredników) [========== ] 50% Pozostałe towary i maszyny przemysłowe

Kryzys zaufania do Ligi Narodów i polskie veto wobec zwłoki

Problem sprawiedliwego podziału surowców od lat ciąży na arenie międzynarodowej. W ubiegłym roku sprawą tą zajmowała się nawet specjalna komisja surowcowa Ligi Narodów z udziałem polskich ekspertów. Wypracowano wówczas cenne sugestie o charakterze finansowym i kolonialnym, które mogłyby realnie zażegnać panujące na świecie rażące niesprawiedliwości w dostępie do bogactw naturalnych.

Niestety, konstruktywne wnioski ekonomiczne zderzają się z brutalną rzeczywistością polityczną. Warszawa głośno ostrzega, że sprawa ta nie może ugrzęznąć w biurokratycznym labiryncie Genewy ani utonąć w powodzi ligowych dokumentów. Wyraźnie widać, że wielkie mocarstwa stosują taktykę odwlekania, traktując globalny problem kolonialny jako element swoich egoistycznych rozgrywek. Polscy dyplomaci bez ogródek wskazują, że dalsze chowanie głowy w piasek i tonowanie dyskusji w morzu papierów ostatecznie pogrzebie i tak nadszarpnięty już autorytet Ligi Narodów.

Dla Rzeczypospolitej sprawa jest jasna: unikanie debaty przez zachodnie mocarstwa nie usunie problemu surowcowo-kolonialnego z wokandy międzynarodowej. Polska nie pozwoli zapomnieć o tym temacie tak długo, aż nie znajdzie on w pełni słusznego i definitywnego dla nas rozwiązania.

Ludnościowe oblicze kolonizacji: Postulat przestrzeni dla białego człowieka

Poza wymiarem stricte surowcowym, problem kolonialny ma w przypadku Polski drugie, fundamentalne oblicze – ludnościowe. Kraj o tak potężnej i dynamicznej prężności demograficznej potrzebuje fizycznej przestrzeni do zagospodarowania.

Stanowisko Warszawy na forum międzynarodowym jest w tej kwestii twarde i jednoznaczne:

Państwom pozbawionym własnych kolonii należy udostępnić takie obszary zamorskie, które pod względem geograficznym i klimatycznym są zdatne do osadnictwa.

Tereny te muszą pozwalać na bezpieczną i wydajną pracę fizyczną ludności europejskiej (elementu białego człowieka).

Minister Spraw Zagranicznych Józef Beck, wysuwając te postulaty na arenie międzynarodowej w oparciu o realne potrzeby ekonomiczne i ludnościowe kraju, może być pewny jednego: ma za sobą bezwarunkowe i pełne poparcie całego polskiego społeczeństwa.

Kwestia emigracji żydowskiej a równowaga państwa

W kontekście ogólnego przeludnienia kraju, osobnym i niezwykle palącym problemem o charakterze strukturalnym staje się sytuacja ludności żydowskiej. W obecnych realiach gospodarczych przeludnionej Polski, miliony obywateli wyznania mojżeszowego nie są w stanie rozwiązać problemu swojej egzystencji ekonomicznej – ani dzisiaj, ani w najbliższej przyszłości.

Zarówno w interesie zachowania stabilności całego państwa, jak i w interesie samego, racjonalnie myślącego społeczeństwa żydowskiego, konieczne jest znalezienie bezpiecznych dróg ujścia dla nadmiaru tej ludności. Skalę problemu najlepiej obrazują szacunki samych organizacji i źródeł żydowskich, które określają podaż emigracyjną na przeszło milion osób.

Rząd polski stoi na stanowisku, że należy bezwzględnie wykorzystać każdą nadarzającą się obecnie oraz w przyszłości okazję międzynarodową, aby ten problem migracyjny należycie rozwiązać. Działania te muszą być prowadzone w pełnej zgodzie zarówno z nadrzędnym interesem narodu i Państwa Polskiego, jak i z poszanowaniem żywotnych interesów samej zainteresowanej ludności żydowskiej.

Los 8 milionów rodaków na obczyźnie. Obowiązek krwi i państwowa lojalność

Zarówno podczas obrad sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, jak i w najnowszym referacie budżetowym MSZ, wyjątkowo dużo miejsca i uwagi poświęcono problemowi polskiej emigracji. Poza granicami kraju żyje obecnie potężna, przeszło 8-milionowa masa naszych rodaków. Składają się na nią zarówno obywatele polscy, jak i osoby posiadające już obywatelstwo państw zamieszkania.

Trzon tej ogromnej rzeszy stanowią polscy chłopi oraz robotnicy. To ludzie, których katastrofalne przeludnienie w ojczyźnie zmusiło do bolesnego porzucenia ojczystej ziemi uprawianej z dziada-pradziada. Zostali zmuszeni do oddania swojej ciężkiej pracy, energii i zdrowia obcym, zagranicznym warsztatom. Ta wielomilionowa diaspora traktowana jest w Warszawie jako nierozerwalna część Narodu Polskiego, a łączące nas węzły krwi stwarzają naturalne i w pełni zrozumiałe podstawy do tego, by społeczeństwo w kraju żywo interesowało się ich losem.

POLACY POZA GRANICAMI KRAJU [====================] > 8 000 000 OSÓB (Emigracja zarobkowa, głównie chłopi i

W odniesieniu do Polonii rząd wysuwa naczelną tezę dyplomatyczną, która powinna stać się fundamentem zdrowego i rzetelnego współżycia międzynarodowego. Sprowadza się ona do pogodzenia dwóch kluczowych zasad:

  Lojalność mniejszości: Bezwzględna lojalność każdej mniejszości narodowej wobec państwa, które aktualnie zamieszkuje.

  Gwarancje państwa: Obowiązek zagwarantowania przez dane państwo pełnych możliwości narodowego, kulturalnego oraz gospodarczego rozwoju dla tych mniejszości.

Wszyscy Polacy zamieszkali poza granicami Rzeczypospolitej mogą być pewni, że w walce o realizację tak pojętych praw stoi za nimi zjednoczona opinia całego narodu polskiego. Polskie władze wyrażają niezłomną wiarę w hart ducha i siłę naszych rodaków. Warszawa ufa, że niezależnie od miejsca pobytu – i pomimo wszelkich prześladowań oraz ucisków, jakie niestety w niektórych krajach są wobec nich brutalnie stosowane – polska ludność zdoła wytrwać i obronić swoją tożsamość na tych zagrożonych odcinkach.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

ŻYWIEC. Klub Gazety Polskiej wzywa MEN do usunięcia naruszenia prawa. Powołuje się na Konstytucję z 1935 roku

Klub Gazety Polskiej w Żywcu skierował oficjalne wezwanie do usunięcia naruszenia prawa oraz petycję do Minister Edukacji Narodowej, Barbary Nowackiej. Pismo, datowane na 14 lipca 2026 roku, zawiera kategoryczny protest przeciwko nowym przepisom regulującym organizację nauki religii w szkołach i przedszkolach publicznych. Autorzy dokumentu domagają się natychmiastowego uchylenia rządowego rozporządzenia, opierając swoją argumentację na zaskakujących podstawach prawnych – przedwojennej Konstytucji kwietniowej.

Spór dotyczy rozporządzenia Ministra Edukacji z dnia 17 stycznia 2025 roku (Dz.U. z 2025 r. poz. 66), które zmieniło warunki sposobu organizowania nauki religii. Według sygnatariuszy petycji, nowe przepisy drastycznie ograniczają wymiar lekcji religii do jednej godziny tygodniowo, wprowadzają mechaniczne łączenie klas i spychają ten przedmiot na margines planu lekcji. Ich zdaniem działania resortu pod wodzą Barbary Nowackiej mają charakter „autokratyczny” i zostały podjęte jednostronnie, bez wymaganego prawem konsensusu ze Stolicą Apostolską oraz Episkopatem Polski.

Powrót do przedwojennego legalizmu

Najbardziej unikalnym elementem wystąpienia żywieckiego Klubu Gazety Polskiej jest jego podstawa prawna. Choć samo prawo do złożenia petycji autorzy opierają na art. 63 współczesnej Konstytucji RP, to w merytorycznym uzasadnieniu odwołują się do przepisów Ustawy Konstytucyjnej Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 23 kwietnia 1935 roku (tzw. Konstytucji kwietniowej).

W tekście petycji sformułowano doktrynalną tezę, że powojenna konstytucja stalinowska z 1952 roku (PRL) była aktem przemocy i totalitarnego nadania, przez co nie wywołała żadnych skutków prawnych. Autorzy stoją na stanowisku, że ciągłość prawna przedwojennego legalizmu II RP nigdy nie została skutecznie przerwana przez suwerenny Naród Polski. W konsekwencji uważają, że zawarte w przedwojennym systemie normy wyznaniowe wciąż posiadają najwyższą moc prawną i stoją ponad decyzjami współczesnych ministrów.

Na jakie artykuły powołują się autorzy?

W przesłanym do Warszawy piśmie autorzy cytują dwa kluczowe artykuły wyznaniowe z 1935 roku, które ich zdaniem zostały rażąco złamane przez obecny rząd:

Art. 114 Konstytucji: Przepis ten jednoznacznie stanowi, że „Wyznanie rzymsko-katolickie, będące religią przeważającej większości narodu, zajmuje w Państwie naczelne stanowisko wśród równouprawnionych wyznań”. Gwarantuje on również Kościołowi prawo do rządzenia się własnymi prawami. Zdaniem autorów petycji, redukcja godzin i łączenie klas bezpośrednio uderza w to „naczelne stanowisko” i łamie autonomię Kościoła.

Art. 120 Konstytucji: Artykuł ten nakłada na państwo bezwzględny obowiązek edukacyjny. Głosi on, że: „W każdym zakładzie naukowym, którego program obejmuje kształcenie młodzieży poniżej lat 18 (…) jest nauka religii dla wszystkich uczniów obowiązkowa”. Klub Gazety Polskiej argumentuje, że ministerialne zmiany zmierzają wprost do marginalizacji tego przedmiotu i tworzą bariery logistyczne, co uniemożliwia realizację tego konstytucyjnego nakazu.

Presja na lokalne władze miejskie i powiatowe

Przeniesienie sporu na poziom lokalny to celowy zabieg autorów petycji. Przypominają oni, że przywołany art. 120 przedwojennej konstytucji nakładał obowiązek zapewnienia nauki religii nie tylko na państwo, ale również na „ciała samorządowe”.

Ponieważ to właśnie Starostwo Powiatowe w Żywcu oraz Urząd Miejski w Żywcu są organami prowadzącymi dla lokalnych szkół (odpowiednio ponadpodstawowych i podstawowych), działacze oczekują od lokalnych radnych i włodarzy jednoznacznego stanowiska oraz ochrony dotychczasowego statusu lekcji religii w podległych im placówkach. Pod oficjalnym pismem podpisał się Rafał Dudziak, Przewodniczący Klubu Gazety Polskiej w Żywcu.

Odpisy wezwania trafiły równolegle do Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski (z wnioskiem o podjęcie stosownych kroków w relacjach Państwo-Kościół) oraz do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. RPO ma zbadać legalność ministerialnego aktu oraz ocenić, czy nowe przepisy nie naruszają wolności sumienia i wyznania obywateli. Na ten moment Ministerstwo Edukacji Narodowej ani lokalne władze samorządowe w Żywcu nie odniosły się jeszcze oficjalnie do treści otrzymanych petycji.

Zdjęcie: Wikipedia

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Mniej znaczy więcej. Czy Sejm potrzebuje kuracji odchudzającej?

Liczba 460 posłów zapisana w polskiej Konstytucji to dla jednych gwarancja reprezentatywności, dla innych – synonim politycznego rozpasania i niskiej jakości stanowionego prawa. W debacie publicznej regularnie powraca postulat drastycznego zmniejszenia składu izby niższej parlamentu. Głosy mówiące o redukcji liczby mandatów do 208 czy 230 zyskują poparcie społeczne, obiecując oszczędności, wyższą efektywność oraz koniec ery anonimowych „maszynek do głosowania”.

Mit wielkości czy potrzeba reformy?

Zwolennicy pozostawienia 460 posłów argumentują, że obecna liczba precyzyjnie odzwierciedla strukturę demograficzną kraju i zapewnia każdemu regionowi odpowiedni głos w stolicy. Przeciwnicy punktują jednak wprost: ogromny parlament sprzyja tzw. selekcji negatywnej.

  • Anonimowość posłów: W tłumie kilkuset parlamentarzystów łatwo ukryć brak kompetencji i zaangażowania.
  • Koszty utrzymania: Pensje, biura poselskie, hotele, odprawy i podróże generują miliony złotych obciążenia dla budżetu państwa.
  • Rozmyta odpowiedzialność: Dyscyplina partyjna sprawia, że Sejm często zmienia się w bezrefleksyjną machinę realizującą wolę liderów politycznych.

Redukcja parlamentu do około 200 miejsc wymusiłaby na partiach politycznych wystawianie wyłącznie najlepiej przygotowanych, merytorycznych liderów. Mandat zyskałby na prestiżu, a proces legislacyjny stałby się bardziej przejrzysty.

Historyczny precedens: Lekcja z 1935 roku

Warto pamiętać, że pomysł odchudzenia parlamentu nie jest współczesnym wymysłem, lecz rozwiązaniem, które funkcjonowało już w polskiej rzeczywistości ustrojowej. Konstytucja kwietniowa z 1935 roku dokonała dokładnie takiej reformy, jaką postuluje dziś wielu krytyków obecnego systemu.

Na mocy tamtej ustawy zasadniczej oraz nowej ordynacji wyborczej, liczba posłów została drastycznie zmniejszona z 444 do dokładnie 208. Ówcześni reformatorzy z obozu sanacyjnego motywowali tę decyzję potrzebą podniesienia jakości i powagi izby. Chciano zerwać z „partyjniactwem” oraz chaosem legislacyjnym charakteryzującym wcześniejsze lata.

Choć tamta zmiana szła w parze z autorytarnym ograniczeniem roli parlamentu na rzecz prezydenta, sam mechanizm liczbowy pokazał, że państwo o zbliżonej populacji może być zarządzane przez izbę o połowę mniejszą niż obecna. Różnica była kolosalna – przed reformą jeden poseł reprezentował około 68 tysięcy obywateli, a po niej aż 160 tysięcy. Pokazuje to, że powrót do liczby około 200 posłów ma w Polsce silne uzasadnienie historyczne.

Instynkt samozachowawczy Wiejskiej

Czy współczesna klasa polityczna mogłaby dobrowolnie powrócić do standardów przedwojennych i przegłosować taką zmianę? Szanse na to w standardowym trybie parlamentarnym są bliskie zeru.

Zmniejszenie liczby posłów o ponad połowę oznacza automatyczną likwidację ponad 200 intratnych stanowisk. Dla aparatów partyjnych mniejsza liczba miejsc na listach wyborczych to gwarancja wewnętrznych wojen, utraty wpływów oraz buntu zaplecza politycznego.

Reforma wymaga zmiany art. 96 ust. 1 Konstytucji RP. Do tego niezbędna jest większość 2/3 głosów w Sejmie, co przy obecnym spolaryzowaniu sceny politycznej i braku woli samoredukcji blokuje jakiekolwiek oddolne inicjatywy poselskie. Jedyną realną drogą do wymuszenia zmian pozostaje silna presja społeczna, np. poprzez wiążące referendum obywatelskie.

Nowa architektura sceny politycznej

Interesujący kontekst do dyskusji nad jakością polityki wnoszą słowa posła Marka Jakubiaka, który w mediach społecznościowych zauważył, że prawica nie jest monolitem, lecz zbiorem wielu podmiotów. Ta diagnoza – choć odnosi się bezpośrednio do pluralizmu po prawej stronie – dotyka głębszego mechanizmu rynkowego w polityce.

Monopole wielkich partii rzadko dbają o standardy merytoryczne. Gdy scena polityczna zaczyna być postrzegana jako konfederacja mniejszych, wyspecjalizowanych środowisk, to zamiast ślepej lojalności wobec jednego lidera zaczyna liczyć się konkurencyjność programowa.

Rozbicie wielkich bloków na mniejsze podmioty wymusza wewnętrzną presję na jakość kadr. W mniejszych ugrupowaniach każdy parlamentarzysta musi być ekspertem w swojej dziedzinie, by partia była w ogóle zauważalna. Potwierdza to tezę, że ewolucja systemu w kierunku mniejszych, ale bardziej wyrazistych i profesjonalnych formacji idzie w parze z postulatem odchudzenia samego parlamentu.

Droga do profesjonalnego parlamentu

Reforma ilościowa Sejmu nie rozwiąże wszystkich problemów polskiej demokracji, ale stanowi fundament pod zmianę jakościową.

Redukcja mandatów: Likwidacja anonimowości, wyższa odpowiedzialność karna i polityczna

Kompaktowe kluby: Koniec z dyscypliną ślepych głosowań Konieczność merytorycznej debaty i kompromisów

Przesunięcie środków: Profesjonalizacja zaplecza, więcej niezależnych ekspertyz i lepsze prawo

Zamiast finansować armię partyjnych etatowców, zaoszczędzone miliony mogłyby posłużyć na stworzenie profesjonalnych biur analiz, dzięki którym stanowione prawo przestałoby być pisane „na kolanie”. Dopóki jednak wyborcy nie zaczną rozliczać polityków z jakości ich pracy, a nie z obecności na plakatach, Sejm przy ulicy Wiejskiej pozostanie drogim i mało efektywnym molochem.

Podpisz petycję:

https://www.petycjeonline.com/petycja_w_sprawie_restytucji_porzdku_konstytucyjnego_rzeczypospolitej_polskiej_konstytucji_z_dnia_23_kwietnia_1935_r?utm_source=web_share

Zdjęcie: Fakt.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Related Sites