Archive | Ogólnie

Absolwent I LO im. Mikołaja Kopernika w Żywcu nowym dyrektorem TVP 1

Duże zmiany w TVP1. Szef TVP Kultura Mateusz Matyszkowicz przejmie obowiązki dyrektora TVP1 i dokończy pracę nad jesienną ramówką stacji. Z firmy odchodzą dyrektor i wicedyrektor – Krzysztof Karwowski i Jarosław Burdek.

Mateusz Matyszkowicz jest absolwentem I Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Żywcu. Ukończył studia z zakresu filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Był redaktorem „Teologii Politycznej” i kwartalnika Fronda Lux, obejmując w 2013 funkcję jego redaktora naczelnego. W 2013 został prowadzącym magazyn literacki „Literatura na trzeźwo” w Telewizji Republika. W styczniu 2016 został dyrektorem TVP Kultura.

Źródło: wpolityce.pl / wirtualnemedia.pl

Napisano wOgólnie, Z miasta ŻywcaKomentarzy (1)

Dr JerzyTargalski dla Frondy: Jaki jest los aneksu WSI?

Dr JerzyTargalski dla Frondy: Jaki jest los aneksu WSI? – pora odpowiedzieć na pytanie

Luiza Dołęgowska, fronda.pl: Bronisław Komorowski wzbudza nadal zainteresowanie mediów, tym razem został zapytany przez dziennikarza Rzeczpospolitej, dlaczego jako jedyny był przeciwny likwidacji WSI. Jak skomentowałby Pan jego wypowiedź?

Dr Jerzy Targalski, historyk, politolog: Odpowiedź Bronisława Komorowskiego na pytanie, dlaczego jako jedyny był przeciwny likwidacji WSI wskazuje,  że głównym powodem sprzeciwu były jego powiązania z tą sowiecką służbą. Można tak wnioskować, ponieważ WSI były slużbami sowieckimi, a on nazywa je służbą polską. Rozumiem, że tak długo zadawał się z sowieckimi generałami, że mogło mu się pomylić, co jest polskie, a co sowieckie. Ja np. nie polowałem z sowieckimi generałami, nie mam więc kłopotu z tym odróżnieniem.

WSI była sowiecką służbą działającą w Polsce, natomiast jej głównym zadaniem było tworzenie mafii i rozkradanie państwa polskiego, jeśli więc ktokolwiek tę służbę popiera – oznacza to, że jest z nią personalnie powiązany.

W wywiadzie jest też pytanie o aneks do raportu o likwidacji WSI.

W tej rozmowie Komorowski nie odpowiada jednak pytanie, czy czytał aneks. Pomija je, a to oznacza, że ma coś do ukrycia. Niech przede wszystkim odpowie jasno, czy czytał aneks, czy też nie oraz niech powie, czy aneks istniał, gdy został prezydentem, czy w tym momencie tego aneksu już nie było?

Brak jasnej odpowiedzi na proste pytanie – czy czytał aneks, czy też nie czytał – i udawanie, że tego pytania nie ma, jeszcze bardziej wskazuje na powiązania Komorowskiego z sowiecką służbą, jaką był wywiad wojskowy, zwany WSI.

Pada jednak pewna sugestia czy też insynuacja, że w aneksie warto poszukać śladów kontaktów między działaczami PC i WSW, przodka WSI. Po co B. Komorowski o tym mówi i o czym to świadczy?

Chwileczkę, w takim razie dlaczego mówi ,,dobrze, że nie został ujawniony”, skoro nie przyznał się, że go czytał? A jeśli go nie czytał to na jakiej podstawie wnosi, czego można tam szukać? Wobec tego dlaczego się nie przyznaje, że ten aneks czytał? Jeżeli twierdzi wprost, że brak publikacji aneksu jest rzeczą dobrą, to na jakiej podstawie tak twierdzi?  Może na podstawie informacji od swoich oficerów sowieckich?

Ja twierdzę, że to niedobrze, że aneks nie został opublikowany, bo chciałbym się dowiedzieć, czego dotyczył, ale  go nie czytałem. Natomiast jeśli Komorowski twierdzi, że aneks nie powinien zostać opublikowany i nie potrafi uzasadnić, na jakiej podstawie twierdzi, że to dobra decyzja – to oznacza, że jest w tej sprawie całkowicie posłuszny oficerom WSI. Prawdopodobnie oni również obawiają się publikacji aneksu, bo mówi on o ich antypaństwowej działalności.

Czy były prezydent Komorowski miał szansę zapoznać się z treścią aneksu o likwidacj WSI?

Skoro Bronisław Komorowski biegł co sił w nogach, żeby się zapoznać z aneksem po katastrofie smoleńskiej i natychmiast rzucił się do przeszukiwania biurka w poszukiwaniu aneksu,  to znaczy, że tam mogą być przede wszystkim informacje o jego powiązaniach z sowiecką służbą.

Czy aneks powinien zostać opublikowany?

Aneks był przygotowany do publikacji i moim zdaniem powinien być opublikowany, natomiast po wywiadzie premiera Olszewskiego zaczynam wątpić, czy aneks istnieje. A jeśli nie istnieje, to kto go zdematerializował? W związku z tym proszę zauważyć, że Komorowski nie odpowiada na pytanie, czy go czytał. A jeśli aneksu nie ma, a Komorowski go czytał – to znaczy, że jest odpowiedzialny za jego zniknięcie.

Brak odpowiedzi na pytanie o zapoznanie się z aneksem prowokuje kolejne pytania?

Z tego wywiadu  wynika że Bronisław Komorowski jest odpowiedzialny za to, że aneks zniknął.

Tylko że my nie wiemy, czy zniknął czy też jest – o to warto zapytać, a w tym przypadku możemy pytać chyba tylko pana Prezydenta Andrzeja Dudę?

Pan prezydent powinien się zdecydować i przyznać, czy ma aneks, czy też go nie ma. To, czy chciałby go opublikować jest inną kwestią, a to, że ma obowiązek publikacji, to jest jeszcze inna sprawa. Pierwszą i najważniejszą rzeczą jest to, żeby ujawnić czy aneks jest w posiadaniu prezydenta czy też nie. Widzimy wyraźnie, że Bronisław Komorowski nie chce się przyznać czy czytał aneks – choć twierdzi, że wie, co może być jego treścią i tu spytajmy, skąd wie? A jeśli czytał aneks oznacza to, że za czasów jego rządów aneks był, istniał. Więc jeśli teraz nie ma aneksu, to właśnie on jest odpowiedzialny za jego zniknięcie.

W związku z tą sprawą jest mnóstwo pytań, na które trzeba uzyskać jasną odpowiedź: czy Prezydent Duda ma aneks, a jeśli go nie ma – należy oczekiwać odpowiedzi od Bronisława Komorowskiego, czy aneks był, gdy on został prezydentem czy też np. ukradł aneks, kiedy był pełniącym obowiązki prezydenta. Należy prześledzić losy aneksu od momentu katastrofy smoleńskiej.

Na podstawie raportu WSI mogę się domyślać, że w aneksie do tego raportu są informacje kompromitujące Bronisława Komorowskiego, tym bardziej, że wiemy o aferze marszałkowej oraz że Bronisław Komorowski był zaangażowany w prowokację WSI przeciwko Wojciechowi Sumlińskiemu.  Komorowski nie został jednak – i prawdopodobnie nigdy nie zostanie – pociągnięty do odpowiedzialności. A to oznaczałoby, że nad Bronisławem Komorowskim rozciągnięty jest parasol ochronny  i ktoś jest dla niego ,,kryszą”; pojawia się więc kolejne pytanie, kto jest tą ,,kryszą” i dlaczego?

Pytania zostały postawione – czekam więc, czy ktoś zechce udzielić odpowiedzi.

Dziękuję za rozmowę.

źródlo: RKW

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

IPN wznawia postępowanie w sprawie uwięzienia abp. Antoniego Baraniaka

Przypominamy, że w dniach 20 i 21 maja 2017 w kinie Janosik w Żywcu miała miejsce projekcja filmu pt. „Żołnierz Niezłomny Kościoła”, opowiadający historię prześladowanego przez reżim komunistyczny ks. abp. Antoniego Baraniaka. Reżyserem i producentem filmu jest Pani dr Jolanta Hajdasz , która odwiedziła Żywiec i osobiście opowiedziała o kulisach powstawania tego dokumentu. 

Prezes IPN Jarosław Szarek i dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu prok. Andrzej Pozorski poinformowali w poniedziałek o wznowieniu czynności prokuratorskich dotyczących uwięzienia przez komunistów w latach 50. arcybiskupa Antoniego Baraniaka.

Konferencja prasowa poświęcona temu postępowaniu odbyła się w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie, które powstało w miejscu, gdzie komuniści przetrzymywali niezłomnego biskupa i znęcali się nad nim przez blisko trzy lata. Dziennikarze mogli obejrzeć sutannę, szaty liturgiczne i inne pamiątki, które należały do kapłana.

Gdy w 1957 roku nazwisko Antoniego Baraniaka pojawiło się wśród proponowanych przez stronę kościelną osób, które mogłyby objąć duszpasterską opieką archidiecezję poznańską, władze PRL nie zaoponowały. Partyjni decydenci i funkcjonariusze bezpieki byli przekonani, że okres jego rządów w Poznaniu nie będzie zbyt długi ani kłopotliwy. W opinii komunistów stan zdrowia wieloletniego sekretarza Prymasa Hlonda i Prymasa Wyszyńskiego był tak zły, że pozostały mu czas należałoby mierzyć w miesiącach. Choroby były efektem brutalnego uwięzienia i maltretowania w latach 1953–56. Szacunki reżimu okazały się chybione, a biskup Baraniak rozpoczął okres dwudziestoletniej posługi, którą wierni z Wielkopolski zapamiętali jako pełną oddania i troski o Kościół lokalny.

Miejsce, w którym poinformowano o wznowieniu śledztwa, prezes IPN Jarosław Szarek nazwał Golgotą Powojennego Podziemia. Zapewnił, że Instytut Pamięci Narodowej uczyni wszystko, by takie osoby jak arcybiskup Baraniak zostały upamiętnione tak, jak na to zasługują.

Tortury, jakim poddano biskupa Baraniaka, są przejmujące nawet dla osób znających metody komunistycznego aparatu represji. Zdzieranie paznokci, przetrzymywanie nago w niesławnej ciemnicy (wychłodzonej celi z mokrą posadzką i kapiącą wodą), pobicia, które pozostawiły ślad w postaci 10-centymetrowych blizn i psychiczne maltretowanie 50-letni duchowny znosił w osamotnieniu. Wiemy, że w tym czasie odbyło się blisko 150 przesłuchań (niektóre trwały po kilkanaście godzin). Hierarcha rzadko kiedy decydował się na dzielenie się z innymi osobami wspomnieniami z Rakowieckiej. Traumę, podobnie jak wcześniejsze tortury, znosił w samotności. Złożony cierpieniem, tuż przed śmiercią na wyrazy współczucia ze strony opiekującej się nią zakonnicy odpowiedział jedynie: „Siostro, to jest nic, co było tam”.

Z zachowanych dokumentów Urzędu Bezpieczeństwa możemy dowiedzieć się, dlaczego bezpieka tak brutalnie odnosiła się do polskiego duchownego. Komuniści mieli nadzieję wymusić w ten sposób fałszywe zeznania i uczynić z nich podstawę do oskarżenia Prymasa Wyszyńskiego o szpiegostwo i zdradę stanu. Przebieg i konsekwencje takiego pokazowego procesu z pewnością jeszcze bardziej zaszkodziłyby prześladowanemu Kościołowi.

Wielkie zasługi dla Pani dr Jolanty Hajdasz, która zajęła się się tym tematem i poprzez swoje filmy przypomina Polakom o wielkiej, heroicznej postawie arcybiskupa Antoniego Baraniaka.

źródło: ipn.gov.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Nowa ścieżka dydaktyczna w Żywcu

Jak podaje burmistrz miasta Żywca Antoni Szlagor trwają prace nad powstaniem ścieżki dydaktycznej w Żywcu. Po ścieżce będą mogli jeździć także rowerzyści i rolkarze. Ścieżka ma rozpoczynać się przy Moście Trzebińskim a kończy się przy Moście Kolejowym.  Jak podaje Burmistrz „Jesteśmy na etapie opracowywania projektu, uzyskania decyzji środowiskowych, pozwoleń wodno-prawnych. Po uzyskaniu tych wszystkich niezbędnych dokumentów, zostanie złożony wniosek do tzw. ZIT-ów (Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych), gdzie na to zadanie przeznaczona jest kwota dofinansowania 3.867.000 zł. A całość zadania to 4.248.125 zł.  Wkład własny to 381.125 zł.  Zakończenie inwestycji planowane jest na jesień 2018 r.”

Trzymamy kciuki , bardzo potrzebna inwestycja i szkoda, że tak późno podjęta. Ciekawe czy uda się zdążyć przed wyborami samorządowymi. Jakoś tak się złożyło.

źródło: www.zywiec.pl, zywiecinfo.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Ks. Franciszek Janczy zginął w pożarze w Domu Księży Emerytów w Bielsku – Białej

Emerytowany 74-letni ks. Franciszek Janczy zginął w nocy z poniedziałku na wtorek w pożarze, który wybuchł w jego mieszkaniu w Domu Księży Emerytów w Bielsku-Białej – podała we wtorek rano kuria diecezji bielsko-żywieckiej.

Prawdopodobną przyczyną pożaru było zaprószenie ognia. Rzecznik kurii ks. Jacek Pędziwiatr poinformował, że pożar w oknie jednego z mieszkań Domu Księży Emerytów zauważyli przechodnie, którzy wychodzili z pobliskiego dworca PKS. To oni powiadomili służby. Na miejsce przyjechało dziewięć zastępów straży pożarnej. Zniszczeniu uległo tylko mieszkanie tragicznie zmarłego księdza – ściany oraz meble i dywan.

Dom Księży Emerytów znajduje się w Bielsku-Białej u zbiegu ulic Traugutta i Żeromskiego, w sąsiedztwie kurii diecezjalnej i dworca autobusowego. Mieszka w nim 31 kapłanów. – Wszyscy pozostali na czas akcji gaśniczej opuścili budynek. Po jej zakończeniu strażacy sprawdzili stan zadymienia obiektu i zezwolili księżom na powrót do swoich mieszkań. Pożar zamknął się w przestrzeni jednego mieszkania na pierwszym piętrze. Struktura 3-piętrowego budynku nie została naruszona. Straty wstępnie szacuje się na kilkanaście tysięcy złotych – dodał rzecznik.

Jak podano w komunikacie, urodzony w Sromowcach Wyżnych ks. Franciszek Janczy miał 74 lata. W ubiegłym roku obchodził złoty jubileusz kapłaństwa. Był proboszczem m.in. w Godziszce i w parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach-Osiedlu Brzeszcze. Na wniosek NSZZ „Solidarność” został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi za wkład w walkę o sprawiedliwość i niepodległość.

Związkowcy docenili, że w latach stanu wojennego kapłan niósł duchową i materialną pomoc osobom uwięzionym oraz ich rodzinom, utrzymując stały kontakt z podziemnymi strukturami „Solidarności”. W domu księży emerytów ks. Janczy przebywał od kilku lat.

 

Niech spoczywa w pokoju wiecznym.

źródło: PAP, TVP INFO

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Państwo pod rządami PiS walczy z korupcją. Zatrzymania CBŚ na Żywiecczyźnie

W 2015 roku wybory parlamentarne w Polsce wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Od tego czasu Polacy słyszą o szeregu działań służb i instytucji podległych pośrednio lub bezpośrednio rządowi mających na celu walkę z korupcją i wyłudzeniami pieniędzy.

W ubiegłym tygodniu policjanci CBŚP z Bielsko Białej zatrzymali 4 osoby związane z kierownictwem placówek oświatowo-wypoczynkowych w powiecie żywieckim, które miały wyłudzić 1,2 miliona złotych pochodzących z puli dopłat do wypoczynku dla dzieci (subwencji oświatowej).

W Prokuraturze Regionalnej w Katowicach oszuści usłyszeli zarzuty związane z udziałem w zorganizowanej grupie przestępczej, która  działała od 2012 do 2016 roku. W jej skład wchodziły osoby związane z kierownictwem placówek oświatowo – wypoczynkowych, które organizowały ferie i kolonie dla dzieci. Oszuści fałszowali dokumenty, które wskazywały na uczestnictwo dzieci w ośrodkach kolonijnych w powiecie żywieckim. Preparowali również dokumentację o liczbie uczestników i długości trwania wypoczynku.

Oszuści, w czasie swojej działalności, wyłudzili ponad milion złotych. Dokładna kwota jaka padła łupem zatrzymanych zostanie ustalono w trakcie toczącego się postępowania.

źródło: BESKIDY.news / PAP

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Lepienie politycznego bałwana

Władysław Frasyniuk odgraża się, że założy nową formację socjalliberalną. Kogo tam Frasyniuk widzi? Z Platformy Obywatelskiej: Rafał Trzaskowski, Joanna Mucha, Borys Budka. Z .Nowoczesnej: Katarzyna Lubnauer oraz Joanna Scheuring-Wielgus. Po lewej stronie dostrzega Barbarę Nowacką i Roberta Biedronia. Igły, widły i powidła. Co łączy wymienionych polityków? Wspólny program? Gdzież tam! Oni wszyscy organicznie, z Frasyniukiem na czele, odmawiają PiS prawa do funkcjonowania w państwie demokratycznym. Nie ma to nic wspólnego z walką polityczną, która jest fundamentem systemu, a coraz częściej zahacza o pewną, specjalistyczną gałąź medycyny tradycyjnej, której symbolem są Tworki – z całym szacunkiem dla leczących się tam chorych. Kiedy to p. Lubnauer, za Donaldem Tuskiem, w słowach premier Szydło w Auschwitz-Birkenau dopatruje się jakiś ukrytych (ksenofobicznych) intencji, to najwyraźniej pomyliła role i powinna raczej zatrudnić się w EZOTV. Kilka razy przeczytałam wypowiedź premier Szydło, raz nawet na wspak, później co drugie słowo – może (tak sobie kombinuję) tam jakiś szyfr jest jednak ukryty, ale niczego się nie dopatrzyłam. Tymczasem poseł Lubnauer i owszem, znaczy – nadaje się do stajni Frasyniuka, jak mało kto. Sam Frasyniuk martwi się o polską młodzież, która nie popiera jego wariacji. Widzi jednak światełko w tunelu: „Jak im wyłączą dostęp do internetu, to pewnie ich to wkurzy (…) Jak im pozwolą być na dyskotekach tylko do godziny 22, tez ich to wkurzy. Może wkurzyć nowy program edukacyjny. Mówi się, że ograniczą dostęp do alkoholu, to też może ich wkurzyć”. Czy na sali jest jakiś lekarz!? Frasyniuk upatruje aktywizację młodego pokolenia, bo im PiS „ograniczy dostęp do alkoholu”!!! Szok! Na naszych oczach, i to w czerwcu, lepią politycznego bałwana! Każda matka powinna te słowa uważnie przeczytać. Opozycję mądrą i roztropną racz nam zwrócić Panie – musimy zacząć się modlić. Operacja „Kijowski” spaliła na panewce szykują więc drugie przedsięwzięcie o nazwie „Frasyniuk Reaktywacja”. Proponuję zmianę kryptonimu na Operacja „Krul” (nie ma błędu – jest po komorowskiemu), bo kogo tak ostatnio obnoszono na rękach, jak Frasyniuka na Krakowskim Przedmieściu? No, kogo? Nawet Donald Tusk musiał na własnych nogach przejść drogę z dworca do prokuratury, a Frasyniuka przeniesiono. Oczywiście, że Frasyniuk chciałby, chociaż raz dostać pałką, tak żeby na cały świat poszło, jak to reżim katuje byłego opozycjonistę. A tymczasem kaczystowska policja nic, tylko za fraki i delikatnie na bok. Skandal! Tak to oburzyło red. Maziarskiego, że ten zaapelował do policjantów, by ci nie wykonywali rozkazów niezgodnych z konstytucją. Znaczy się teraz każdy policjant będzie musiał własnym podpisem złożyć kontrasygnatę na rozkazie?! Nie widzę innej rady, jak już zawczasu prosić p. Frasyniuka, by zrobił red. Maziarskiego rzecznikiem nowego ruchu. W jednym zgadzam się z Frasyniukiem, kiedy mówi: „To potworne zbezczeszczenie zwłok, brak szacunku dla zmarłych, ta polityczna gra trupami, DNA, to jest straszne i upokarzające. Nie ma drugiego państwa na świecie, które by tak grało zwłokami ofiar katastrofy”. Tak, tylko jak on to powie prosto w twarz posłom Trzaskowskiemu, Musze oraz Budce, którzy przez lata firmowali „polityczną grę trupami”?

Dorota Arciszewska-Mielewczyk
Poseł na Sejm RP

źródło: NASZEblogi.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

O tempora, o mores!

Szanowni Państwo!

 

    Narzekanie na upadek obyczajów sięga starożytności. W II RP też wspominano dawne dobre czasy, gdy się mawiało: Panie, panie pohamuj się, które trzeba było zweryfikować na: Chamie, chamie opanuj się. Jakże to brzmi niewinnie w obecnych czasach! Teraz to cham decyduje o sposobie wysławiania się – im wulgarniej, tym nowocześniej.

 

    Należy jednak odróżniać upadek obyczajów, od ich zmian. Zdarza się, że to co dawniej nie uchodziło, staje się normą i okazuje się nawet wygodne. Niegdyś zwracanie się do kogoś po imieniu, nawet dodając „pan” czy „pani” było uważane za poufałość. Przyjęło się jednak i okazało formą całkiem wygodną. To taki ukłon konserwatyzmu w stronę nowoczesności.

 

    Na wzajemność nie ma co liczyć, bo postępaki nie wiedzą, co to jest ukłon. Potrafią się tylko obrażać za „gorszy sort”, nie zdając sobie sprawy, że sami się do niego zaliczyli. No, z tą nieznajomością ukłonu, to chyba jednak przesadziłam. Wszyscy przecież pamiętamy, jak postępowa premier Kopacz w towarzystwie kanclerz Merkel kłaniała się płotom.

 

    O braku obyczajów ruskich trolli nawet nie warto wspominać. Po ostatnim moim felietonie larum podniosła ich frakcja debilno-rynsztokowa, co było łatwe do przewidzenia. A tak przy okazji: nie czytuję żadnych tekstów zawierających wulgaryzmy, próżny trud.

 

Pozdrawiam i do następnej soboty

 

Małgorzata Todd

 

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Jadwiga Chmielowska: Nie działaliśmy jak Armia Krajowa

– Bezpieka dostawała szału, nazywała nas ośmiornicą – mówi Jadwiga Chmielowska, szefowa śląskiego oddziału SW.

Rzeczpospolita: Działała pani w pełnej konspiracji właściwie już od 12 grudnia 1981 r. aż do 1990 r., cały czas w ukryciu, latami ścigana listem gończym. Do końca nie dała się pani złapać. Dlaczego to było tak ważne, by dalej działać, mimo olbrzymich wyrzeczeń i trudności?

Jadwiga chmielowska: Wojnę prowadzi się, po pierwsze, o umysły ludzi. Społeczeństwo po wprowadzeniu stanu wojennego było stłamszone, a my chcieliśmy udowodnić, że esbecja nie może wszystkiego, że wszystkiego nie wie. Pokazywaliśmy, że działamy, opór trwa, a esbecja wie tylko tyle, ile doniosą jej szpicle. Przełamywaliśmy barierę niemożności.

Ukrywanie się dla samego ukrywania nie miałoby sensu. Ja ukrywałam się po to, by działać, by odkłamać wiarę w to, że od jednostki nie zależy nic. Pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie świetnie się zorganizować, wydawać niezależne gazety. W końcowej fazie konspiracji tworzyliśmy nawet gazetki zakładowe. Ludziom bardzo te pisma pomagały, podtrzymywały ich na duchu. Widziałam nieraz, jak na przystankach przekazywali sobie nasze ulotki z rąk do rąk.

Jestem dumna, że nie złożyłam broni. Konspiracja była obowiązkiem naszego pokolenia. Tylko że większość ludzi konspirację zaczęła bez przygotowania, a ja całe życie byłam do tego szkolona.

Przez kogo?

Szkoliła mnie moja matka. Gdy wybuchła wojna, miała 26 lat, była żoną szefa posterunku w Brodach, kapitana przedwojennego kontrwywiadu Edwarda Szaneckiego, który później zginął w obozie w Ostaszkowie. Ukrywała się już za tzw. pierwszego bolszewika, bo groziła jej wywózka na Syberię. Stąd to, jak się ukrywać, jak organizować sobie wszystko w konspiracji, wiedziałam od matki. Ona pracowała w wywiadzie Armii Krajowej i od dziecka uczyła mnie najróżniejszych sztuczek. Wiedziałam, jak wychodzić z pułapek, jak gubić ogon, zacierać za sobą ślady. Matka potrafiła nawet uciekać po gzymsach z mieszkania, skakać po balkonach. Ja również byłam bardzo sprawna.

Od niej wiedziałam, że absolutnie nie można kontaktować się z rodziną, żadnymi przyjaciółmi; trzeba wszystkie kontakty zerwać i wyprowadzić się z miasta, zupełnie zmienić środowisko. Moja mama nie nalegała na spotkania, nie widziałyśmy się od grudnia 1981 r. do jej śmierci w marcu 1986 r. Nie udzielała o mnie żadnych informacji nawet najbliższej rodzinie. Dziś to się ludziom wydaje niemożliwe, bo teraz każdy ma ozór i tym ozorem bez przerwy kłapie. Ani moja teściowa, ani mój mąż nie dowiedzieli się od mamy niczego, nawet czy w ogóle wie, że się ukrywam.

A z mężem utrzymywała pani kontakt?

Oczywiście, że nie – żadnego. Za to z mamą utrzymywałam kontakt listowny. Do dziś zresztą zachowałam listy, które mi wysyłała. Nasza poczta polowa funkcjonowała bez zarzutu przez całe lata 80. Nawet otrzymywałam listy od moich wujków i kuzynów z Wrocławia. Esbecja oczywiście naciskała na moją mamę, ale na szczęście o nią nie musiałam się bać, wiedziałam, że da sobie radę. Raz jeden z esbeków, krzycząc na nią, że to jest niemożliwe, że nie ma kontaktu z córką, pisał jej konspiracyjnie na kartce, by się nie przejmowała, bo „pani córka jest wspaniała, nie mamy żadnych śladów” (śmiech). I dodawał, by się nie zgadzała chodzić na identyfikacje zwłok. Bo mamę co pewien czas wzywano do prosektorium, gdy znaleźli dziewuchę mniej więcej w moim wieku. Dlatego też tak ważna była ta nasza poczta polowa: dzięki listom mama wiedziała, że radzę sobie świetnie.

Czy przez tych ponad osiem lat nie miała pani żadnych kryzysowych momentów, chwil zwątpienia w sens tak głębokiej konspiracji?

Nie, wiedziałam, że nie mogę nawet pójść do mamy na cmentarz. I dobrze, że nie poszłam, bo po paru miesiącach – czasem różne informacje dochodziły do mnie z opóźnieniem – dowiedziałam się, że cmentarz obstawiony jest dzień i noc przez esbecję. Ale od dziecka wiedziałam, że w konspiracji takich rzeczy się nie robi, pójście na ten cmentarz do mamy byłoby błędem wręcz podstawowym. Przez te lata byłam cały czas niesamowicie ostrożna, nie brałam od nikogo nawet długopisu, bo bałam się pluskiew. Ale w naszym podziemiu była jeszcze bardziej sprawna konspiracyjnie osoba – Tadek Drzazgowski, legenda śląskiego oporu, samoistna perełka konspiracji. Mnie wyszkoliła matka, a Tadek nie był przez nikogo szkolony, on się z tym po prostu urodził. Cieszę się, że miałam okazję z nim współpracować.

Po aresztowaniu Kornela Morawieckiego, a później też Andrzeja Kołodzieja, gdy stała się pani najważniejszą osobą w Solidarności Walczącej, musiała być pani chyba jeszcze bardziej uważna niż wcześniej.

Zdecydowanie mniej spotykałam się z ludźmi, rzadziej wyjeżdżałam z miasta, ale cały czas miałam kontakt z Andrzejem Zarachem, który przez te wszystkie lata był moim łącznikiem. Z pewnością nikogo nie informowałam, że to ja jestem Jadwiga Chmielowska, jeśli już, to przedstawiałam się jako jej łączniczka, i to też jedynie bardzo zaufanym działaczom.

Z nikim, kto był wcześniej aresztowany, internowany, już ściśle nie współpracowałam. Odrzucałam ich na boczny tor, bo nigdy nie mogłam mieć pewności, czy nie zostali złamani przez esbeków. Tylko jednej osobie wcześniej internowanej potrafiłam w pełni zaufać: Eli Szczepańskiej. To była bardzo twarda dziewczyna, psycholog. Ela opisała w swojej książce, że esbecy ją torturowali, pytając, gdzie jest Chmielowska, ale jako psycholog świetnie sobie dawała z tym wszystkim radę.

Nikt z nowych pani współpracowników, przed którym ukrywała pani swoją tożsamość, nie połapał się, że pani to Jadwiga Chmielowska?

Jeden człowiek, Rafał Budniok ze środowiska pisma „Wokół Nas”, w końcu się połapał. Gdy zorientowałam się, że on już się domyśla, przeprowadziłam akcję dezinformacyjną: zaczęłam mu narzekać, jaka ta Chmielowska jest durna, że z nią w ogóle nie da się spotkać. Mówię mu, że mogę jej zanieść pytania do wywiadu, jaki chce z nią przeprowadzić, ale że mam z nią kontakt tylko w jedną stronę: to ona się kontaktuje ze mną, kiedy chce, a nie na odwrót. I marudzę sama na siebie, narzekam, że Chmielowska przesadza z ostrożnością… W latach 90. Budniok szczerze mi przyznał, że choć był już przekonany, że ja to ja, to po tej mojej tyradzie doszedł do wniosku, że jednak tylko mu się zdawało.

Chodziła pani normalnie po ulicach czy ciągle się ukrywała?

Żyłam normalnie, uczęszczałam na różne imieniny, urodziny czy sylwestry, ale tylko do ludzi, którzy nie wiedzieli, kim jestem. Skrzętnie ukrywałam swoją tożsamość. Przeprowadziłam się do nowego miasta, kwaterę główną miałam w Bytomiu. Jeździłam normalnie autobusami i tramwajami, ale tylko tam, gdzie nikt nie mógł mnie rozpoznać. Nawet brat kolegi, u którego się ukrywałam, nie miał pojęcia, kim jestem. Nigdy nie siedziałam w domu, cały czas działałam, dlatego zachowałam zdrowie psychiczne.

Wielu ludziom zależało, żebym się ukrywała, ponieważ miałam ogromną wiedzę o naszej działalności: znałam ludzi, adresy, wszystko pamiętałam, więc byłam w stanie odtworzyć przebieg różnych spraw. Ludzie mieli do mnie zaufanie, więc ukrywałam się też z uwagi na bezpieczeństwo poszczególnych struktur.

Czy w czasie gdy się pani ukrywała, poznała pani kogoś, kto działał w konspiracji w czasach II wojny światowej? Porównywaliście ze sobą te dwa podziemia?

W Gliwicach spotkałam kiedyś Antoniego Hedę ps. Szary, generała brygady przedwojennego Wojska Polskiego, dowódcę oddziałów partyzanckich Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej. Śmialiśmy się, że stara konspiracja spotyka się z nową. W żartach poopowiadał o różnych swoich akcjach, dawał mi rady, jak niektóre sprawy najlepiej organizować. Z tym, że jasno zaznaczył, że on ma doświadczenie z konspiracji przeciwko Niemcom, a nie NKWD czy bolszewikom, więc my musimy być trochę bardziej ostrożni. Ale przyznał przy tym, że esbecja lat 80. to już nie jest ta sama bezpieka, co w latach 40. i 50. Im już się tak nie chce, jak tamtej. Normalni esbecy pracują jedynie od godziny 8 do 15 i fajrant, nie jak my – całodobowo. Oczywiście wśród esbeków byli też tacy, którzy walczyli z nami bardziej zaciekle i chcieli się wykazać – ci byli cholernie niebezpieczni.

Działaliście jak Armia Krajowa?

Gdybyśmy działali tak jak AK, to rozpracowaliby nas błyskawicznie. Za Niemca struktury kwitły. A gdy masz rozbudowane struktury, każda wpadka prowadzi do kolejnych. Mimo że działacze AK często znali się jedynie piątkami, to z każdej piątki ktoś znał kolejną piątkę itd. A u nas na Śląsku od 1985 r., gdy przejęłam dowodzenie Solidarnością Walczącą w regionie, wpadek praktycznie nie było. Bezpieka dostawała szału, nazywała nas ośmiornicą. Mówili, że gdziekolwiek wejdą, tam Solidarność Walcząca albo chociaż pachnie SW. Do końca nie doszli, jak wyglądały nasze struktury, bo ich praktycznie nie było. Do tego inaczej wyglądał schemat organizacyjny wrocławskiej SW, inaczej krakowskiej, katowickiej i innych. To były grupki, które często nie miały ze sobą żadnych kontaktów. W samej Warszawie były cztery duże grupy, które w ogóle się nie znały.

Jadwiga Chmielowska

Ur. 29 czerwca 1954 r. w Sosnowcu. Działaczka opozycji demokratycznej. W latach 1980–1981 organizatorka i działaczka struktur Solidarności w Katowicach. Po wprowadzeniu stanu wojennego ukrywała się aż do 1990 r. W latach 1982–1989 założycielka i przewodnicząca Regionalnej Komisji Koordynacyjnej Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, równocześnie w latach 1985–1989 członek Solidarności Walczącej. Od 1988 do 1993 r. współprzewodnicząca Autonomicznego Wydziału Wschodniego SW. Działaczka na rzecz demokracji w krajach Europy Wschodniej byłego bloku sowieckiego. –sl

źródło: rp.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (1)

ALBO USUNĄ, ALBO ZASŁONIĄ PŁACHTĄ. TAKIE LOSY MOGĄ SPOTKAĆ PROTESTUJĄCYCH PODCZAS PRZEMÓWIENIA TRUMPA

W środę pojawiła się wiadomość, że amerykańskie Secret Service ma sobie „poradzić” z miasteczkiem namiotowym przed Sądem Najwyższym. Dotarliśmy do informacji, jakie opcje są brane pod uwagę.

Donald Trump wkrótce w Warszawie. 6 lipca ma przemówić na placu Krasińskich, gdzie nieopodal trwa protest w miasteczku namiotowym przed Sądem Najwyższym. Czy służby amerykańskie ich usuną? Jak wynika z nieoficjalnych informacji pracowników Kancelarii Prezydenta RP, rozważane są dwie opcje.

W sąsiedztwie placu Krasińskich znajduje się Sąd Najwyższy. Przed gmachem trwa pikieta stowarzyszenia Niezłomni Adama Słomki, do której dołączyli działacze Ruch Kontroli Wyborów i Solidarnych 2010. Protestujący rozstawili miasteczko namiotowe, wokół którego rozmieszczone są transparenty z hasłami: „Polskie, sprzedajne, brudne sądy – skorumpowane mafijne”, „Żądamy lustracji resortowego sądownictwa”, czy też „Sądownictwo w naszym kraju to zorganizowana grupa przestępcza”. Jakby mocnych, oskarżających treści było zbyt mało, na fasadzie Sądu Najwyższego powieszono deski sedesowe.

Co dalej będzie z miasteczkiem? Czy wystąpienie Trumpa na placu Krasińskich sprawi, że protestujący będą musieli przenieść się w inne miejsce? W środę pojawiła się wiadomość, że amerykańskie Secret Service ma sobie z tym „poradzić”.

Jak wynika z nieoficjalnych informacji pracowników Kancelarii Prezydenta RP, agenci od kilkunastu dni działają już na terenie Warszawy, sprawdzając zabezpieczenia wokół placu Krasińskich. Pomimo tego, nie podjęto jeszcze decyzji w sprawie miasteczka namiotowego. Rozważane są dwie opcje – albo usunięcie protestujących, albo zasłonięcie ich płachtą podczas przemowy Trumpa.

„Mogą nawet zrobić zaporę ze sztucznych ogni”

WawaLove.pl poprosiła o komentarz Adama Słomkę, jednego z organizatorów pikiety. – Nie zamierzamy ustąpić. Jest dla nas zaszczytem, że prezydent chce przemawiać na tym samym palcu, na którym jest ten historyczny protest w Polsce. Może przemówi do miasteczka? – rozważa organizator. Pomimo tego, „nie zamierza pod presją rządu, czy władz Warszawy rezygnować z pikiety”.

– Pokazujemy pewny problem społeczny. Po to powstało miasteczko. I cieszymy się, że prezydent Trump będzie przemawiać na tle pomnika Powstania Warszawskiego, bo przecież kontynuujemy tamtą walkę – twierdzi Słomka.

Jednocześnie Adam Słomka podkreśla, że jako organizator może pójść na ugodę. – Możemy  trochę przesunąć miasteczko. Pomysł likwidacji protestu jest absurdalny, ale jeśli usłyszymy,  że ktoś potrzebuje zainstalować trybunę, system ochronny czy barierki to nie ma problemu.

Reporterka WawaLove.pl zapytała również o to, co sądzi o opcji zakrycia miasteczka przez wspomnianą przez nasze źródła płachtą. Słomka odpowiada bez zawahania: – Mogą zrobić nawet zaporę ze sztucznych ogni.

Za bezpieczeństwo Trumpa będą odpowiadać Polacy

Czy agenci Secret Service rzeczywiście są w stanie zlikwidować miasteczko namiotowe przed Sądem Najwyższym? Krzysztof Liedel specjalista od spraw bezpieczeństwa międzynarodowego rozwiewa wszelkie wątpliwości. – Secret Service przyjeżdża do naszego kraju, gdzie kontroluje i koordynuje zabezpieczenie całej wizyty. Ale wszelkie tego typu działania są podejmowane przez polskie służby. Policja będzie musiała usunąć tych protestujących – tłumaczy w rozmowie z WawaLove.pl

– Mogą wystosować tradycyjną ścieżkę: wezwanie do opuszczenia terenu, ukaranie mandatami, a jeśli to nie poskutkuje to mogą skorzystać ze środków przymusu – mówi Liedel. – Secret Service może żądać jedynie usunięcia protestujących, ale za bezpieczeństwo prezydenta Trumpa na terenie Polski będą odpowiadać polskie służby, które mają współpracować z Amerykanami.

źródło:   Biuro Prasowe  NIEZŁOMNI <pokoleniekpn@wp.pl>

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Related Sites