Fikcyjne fakty

10 kwietnia 2020 roku przypada okrągła, dziesiąta rocznica zamachu smoleńskiego. Wówczas, po dwudziestu latach od koślawego, Okrągłego Stołu mieliśmy okazję przekonać się, jakie to złowrogie siły nadal nami rządziły. Przebudzenie było przykre, ale nareszcie zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że musimy zacząć przeciwstawiać się złu. Ostatnie pięć lat pokazało naszą determinację w obronie wartości, z których Zachód już zrezygnował, albo rozumie je całkiem opacznie. Szkoda.


Święta Wielkiejnocy i walka z wirusem nie są najodpowiedniejszym czasem do zajmowania się tragedią sprzed dziesięciu lat. Media skupiły się wyłącznie na pandemii. O niczym innym nie mówią, ale jak mówią? Rzetelnie, czy może przeplatają fikcję z faktami robiąc nam wodę z mózgu? Powtarzanie na okrągło tych samych słów, przez tych samych specjalistów od wirusów i tych samych obrazów w telewizji jest śmiertelnie nudne. Z braku alternatywy, trzeba jednak do tego przywyknąć. Z czego się to bierze? Czy z przekonania, że widz jest przygłupi i trzeba mu wciskać sto razy to samo? Jeśli tak, to nie ma co się fatygować w wyszukiwaniu prawdy, zwłaszcza, że ta mogłaby nie zadziałać wystarczająco silnie na emocje. Oto przykład: z braku aktualnych zdjęć dokumentujących „wirusowe” zgony we Włoszech, posłużono się fotografią trumien sprzed siedmiu lat obrazującą przygotowania do pochówku niefortunnych uchodźców, którzy utonęli u wybrzeży Italii.


Telewizja nie przywiązuje wagi do oddzielani fikcji od faktów, a powinna. My też jednak powinniśmy, żeby nie obudzić się ponownie w nieznanej sobie i wrogiej rzeczywistości – tym razem ekonomicznej, na co się niestety zanosi.

Autor: Małgorzata Todd

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Strzeżcie się Greków nawet gdy niosą dary – czy to początek III wojny światowej ?

Portal Fronda.pl zamieścił artykuł, który zaczyna się od trzęsienia ziemi:

Każdy kto w ostatnich tygodniach obserwuje to co się dzieje na świecie, jeżeli jest w stanie wznieść się ponad bieżące emocje, a ma choć minimum wiedzy o historii, może stwierdzić że znaleźliśmy się w stanie wojny. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki weszliśmy na skutek rozwoju koronawirusa COVID – 19 w III WOJNĘ ŚWIATOWĄ.

a później jest jeszcze gorzej. W świetnym artykule pod redakcją Tadeusza Grzesika kreśli krótką historię wzmocnienia gospodarczej pozycji Chin mimo potężnych problemów np. z chorobą ASF oraz prób przyduszenia przez Donalda Trumpa gwałtownej ekspansji Chin.

Autor wymienia trzy korzyści wybuchu epidemii w rejonie miasta Wuhan:

  1. Spacyfikowanie nastrojów kontestacyjnych wśród ludności – dodatkowo znajdując usprawiedliwienie dla nadciągającego kryzysu
  2. Po drugie propaganda poglądu, iż problem koronawirusa w prowincji Hubei był konsekwencją amerykańskiego ataku bakteriologicznego. Zatem to Amerykanie są winni tej tragedii.
  3. I po trzecie Chińczycy – inaczej niż zgniły Zachód – skutecznie stawili czoła tej amerykańskiej dywersji, stają już na nogi i są gotowi wesprzeć każdego, zarówno swoimi doświadczeniami, jak i zaopatrzeniem odżywającego chińskiego przemysłu.

Przyczyny wybuchu epidemii nie są jasne – zastanawia jednak jej szybki postęp

Autor spostrzegawczo zaznacza:

Całkowitemu wywróceniu uległy podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej, która z dnia na dzień okazała się czymś zupełnie zbędnym. Państwa europejskie z najwyższym trudem próbują dźwigać ciężary walki z epidemią, samodzielnie tworzą hipotetyczne plany ratowania swoich gospodarek.

Jednak coraz powszechniejsza jest świadomość, iż jeśli uda się nawet opanować epidemię w ciągu kilku miesięcy, skala zniszczeń będzie nieporównywalna z czymkolwiek, co pamiętamy z perspektywy kilkuset lat.

Wielu publicystów, naukowców z podziwem patrzy na pomoc jaką niosą Chiny, Rosja i Kuba. Czy nikomu to nic nie mówi ?

Autor podsumowuje: Problem wszakże polega na tym, iż obecnie niewidzialna dotąd wojna w cyberprzestrzeni, stała się już widzialną III wojną światową. I stawia pytanie, którego – robiący ten skrót – nie ośmieli się powtórzyć – do całości artykułu odsyłamy do portalu Fronda.pl

Źródło: https://stowarzyszenierkw.org/polityka/strzezcie-sie-grekow-nawet-gdy-niosa-dary-czy-to-poczatek-iii-wojny-swiatowej/

fot.: Fronda.pl / Xi Jinping, fot. Global Panorama; Donald Trump, fot. Gage Skidmor; lic. CC BY-SA 2.0, via Flickr; zdj. edyt.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Maciej Gdula przeciw Żołnierzom Wyklętym

Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych stał się okazją do ataku, którą wykorzystał poseł Maciej Gdula publikując swoją opinię na portalu społecznościowym. Wywołało to ostrą reakcję. Przypomnijmy, że podczas uhonorowania Andrzeja Gduli burmistrz Antoni Szlagor argumentował:

Wychowanie w domu było patriotyczne, prospołeczne zawsze mówiło się w tym domu o Polsce, o patriotyzmie. Może Państwo nie wiedzieliście zadałem sobie trudu, ponieważ jestem Żywczakiem z krwi i kości i Pan Gdula też jest Żywczakiem z krwi i kości i my Żywczacy między sobą się znamy. Pan Gdula ma prawicowe poglądy, Pan Gdula należał do PZPR i pełnił funkcje kierownicze

Nie po raz pierwszy mamy prawo czuć się oszukani. W roku 2013 Maciej Gdula w swoim artykule proponował usunięcie pomnika „Małego Powstańca” w Warszawie. Podobnie jak obecnie wywołując falę oburzenia i krytyki. Czy osoba, która odebrała „wychowanie patriotyczne i pro społeczne”, w której domu zawsze mówiło się o Polsce i patriotyźmie, może być autorem dwóch najbardziej znanych prowokacji podważających w fundament tradycji niepodległościowej państwa polskiego?

Pisząc o zbrodniach Żołnierzy Wyklętych Maciej Gdula zamieszcza zdjęcie dotyczące wydarzeń w Wierzchowinach. Zniszczenie wsi Wierzchowiny 6 czerwca 1945 było w rozbieżny sposób opisywane przez historyków. Autorzy zgadzają się co do faktu, iż w pierwszych dniach czerwca 1945 dowódca zgrupowania PAS NSZ Mieczysław Pazderski ps. „Szary” zdecydował się na zbrojną interwencję we wsi z powodu poparcia jej mieszkańców dla komunizmu. Według Tadeusza Swata miejscowi Ukraińcy ponadto, korzystając z poparcia Niemców, jawnie zwalczali polskie oddziały leśne, zaś po wejściu Armii Radzieckiej na Lubelszczyznę znaczna część mieszkańców Wierzchowin zaciągnęła się w szeregi MO i UB, stworzyła siatkę agentów, wielu z nich otrzymało pozwolenie władz na posiadanie broni krótkiej i maszynowej. Tadeusz Swat utrzymuje, że osoby postronne (spoza listy sporządzonej 21 maja), zginęły w czasie walki, która wybuchła we wsi i podczas likwidowania ukrytych we wsi bunkrów. Opierając się na zeznaniach świadków twierdzi, że liczba ofiar nie przekroczyła 50 zabitych[6]. Według tego samego autora już po zakończeniu akcji i wycofaniu się zgrupowania „Szarego”, około godz. 18, niezidentyfikowany oddział, podający się za partyzantów, dokonał masakry w Wierzchowinach. Zdaniem Swata wiele wskazuje, iż była to prowokacja władz bezpieczeństwa, mająca na celu zdyskredytowanie NSZ[6]. Zdaniem Wnuka i Motyki wersja o prowokacji jest niewiarygodna[7]. Zdaniem wymienionych autorów „Szary” zmienił pierwotny plan i zniszczył całą wieś (zamiast planowanej likwidacji jedynie określonych osób), gdyż miał nadzieję na uzyskanie poparcia miejscowej ludności polskiej, doskonale pamiętającej zbrodnie ukraińskiej partyzantki na Polakach. Być może pragnął również storpedować rozmowy i lokalne porozumienia pomiędzy WiN a UPA.

Na wieść o wydarzeniach w Wierzchowinach z Chełma wysłana została 60-osobowa grupa pościgowa złożona z kilku funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, kilkunastu milicjantów i 40 podchorążych szkoły oficerów artylerii ludowego Wojska Polskiego. Oddziały „Szarego” zastawiły na grupę pościgową zasadzkę, w wyniku której funkcjonariuszy UB i milicjantów zabito, a podchorążych wcielono do swoich szeregów. Po niepowodzeniu tej akcji w pościg ruszyła na samochodach ciężarowych 160-osobowa grupa operacyjna sowieckiego 98. pułku wojsk pogranicznych NKWD, złożona z doświadczonych żołnierzy frontowych (część źródeł podaje, że była to pancerna jednostka Armii Czerwonej i oddziały Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, liczące w sumie ok. 2 tys. żołnierzy), grupa wyposażona była w samochody pancerne[12] i lotnictwo. W rezultacie doszło do kilkudniowych walk zakończonych całkowitym rozbiciem zgrupowania NSZ. Główne siły „Szarego” (w sile ok. 300 ludzi) zaskoczone 10 (11) czerwca we wsi Huta w pow. chełmskim, zostały zlikwidowane. Poległo 166[12] żołnierzy, w tym mjr Pazderski i większość dowódców, rannych zostało 30 żołnierzy NSZ, a do niewoli dostało się 11 osób, reszta rozpierzchła się. Spłonęły także 164 budynki w miejscu starcia. Straty grupy operacyjnej NKWD wyniosły: 1 zabity i 6 rannych, z czego 4 zmarło. Ponadto zginęło 2 funkcjonariuszy UBP i 2 żołnierzy LWP. Po bitwie, na pierwszej stronie „Szczerbca” – lokalnego organu NSZ, nr 23 z 23 czerwca 1945 r. – ukazał się nekrolog Mieczysława Pazderskiego.

15 czerwca 1953 sąd PRL orzekł, że za wymordowanie Ukraińców w Wierzchowinach odpowiadał oddział Narodowych Sił Zbrojnych, pod dowództwem Mieczysława Pazderskiego „Szarego”[13]. Wyrok ten został potwierdzony opinią sądową z 8 maja 1998. Odmienna opinia zapadła w tej kwestii 4 lutego 1999. Stwierdzono w niej, iż bezkrytycznie przyjęto wyrok komunistycznego sądu z 15 czerwca 1953 i nie wzięto pod uwagę istotnych dowodów i ustaleń historycznych. Niektórzy historycy przytaczają niebędące oryginałami[13] dokumenty, sporządzone jako odpisy przez funkcjonariuszy komunistycznych służb bezpieczeństwa, m.in. MBP. Wiarygodności tych dokumentów nie można jednoznacznie potwierdzić, gdyż wielokrotnie tego typu materiały były preparowane[13] w celu wykorzystania przez komunistyczne władze przeciwko działaczom podziemia niepodległościowego w pokazowych procesach po wojnie[14], jednak bywają one niejednokrotnie cytowane przez badaczy tamtego okresu.

Propaganda komunistyczna wykorzystywała zbrodnię w Wierzchowinach na szeroką skalę[11], przedstawiała masakrę jako przykład „zdziczenia faszystowskich niedobitków”[6] i czyniła z niej jeden z najważniejszych argumentów na rzecz konieczności zwalczania podziemia antykomunistycznego[11]. Zdaniem Swata jednocześnie podjęto szeroko zakrojoną akcję dezinformacyjną. Podano, że w Wierzchowinach zginęło 396 osób, następnie liczbę tę zmniejszono do 280, by ostatecznie pozostać przy 194. Liczby te miały podawać meldunki dowódców oddziałów NSZ uczestniczących w akcji – „Romana” i „Janusza”, a także kpt. Zygmunta Wolanina „Zenona”. W aktach sprawy sądowej zachowały się jedynie odpisy meldunków, poświadczone pieczęcią i podpisem funkcjonariuszy UB. Meldunki mogły więc być spreparowane przez UB[6]. Liczba ta nie jest pewna, ponieważ w toku badania miejsca zbrodni dokonano ekshumacji wyłącznie jednej mogiły z dwoma ciałami[17]

W latach 50-tych propaganda komunistyczna przeprowadzała wiele szeroko zakrojonych akcji propagandowych, których celem było przedstawienie bohaterów podziemia jako zbrodniarzy. Materiały dotyczyły wydarzeń, w których ginęły osoby cywilne. Trudno jednak ustalić ich przebieg ze względu na małą wiarygodność i brak potwierdzenia. Część internautów przypomniało o tym Maciejowi Gduli.

Źródło: Wikipedia

Zdjęcia: po lewej Maciej Gdula, po prawej Andrzej Gdula. Wszystkie pochodzą z portalu społecznościowego Twitter

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

W imieniu władzy ludowej likwidowali reakcyjne bandy-rzecz o tych, którzy zwalczali Żołnierzy Wyklętych na Żywiecczyźnie

Kolejny raz przeżywamy dzień pamięci Żołnierzy Wyklętych. Dla nas jest to okazja, aby przypomnieć o bohaterach podziemia niepodległościowego w pierwszych latach utrwalania komunistycznej władzy na terenie Polski. Tym razem jednak spróbujemy przyjrzeć się ich losom z perspektywy ich wrogów – żołnierzy KBW, funkcjonariuszy UB, MO oraz ORMO, którzy przyczynili się do zainstalowania sowieckiego reżimu. Jest to dla nas szczególnie interesujące, ponieważ dotyczy okolic Żywiecczyzny i powiatu żywieckiego. Nazwiska mogą być uzupełnieniem wiedzy o żołnierzach formacji niepodległościowych pochodzącej z popularnych i naukowych publikacji. Występują m. in. w książce dr. Tomasza Greniucha „Chrystus za nas my za Chrystusa”, choć część informacji różni się na poziomie detali.

Dokumenty, do których dotarła redakcja pochodzą z akt osobowych Czesława Stanika, który starał się o uzyskanie dodatku kombatanckiego do emerytury. Jego wysiłki wsparli Krzak Władysław, Bąk Jan, Święszek Władysław (pisownia oryginalna) zeznając przed komisją WUSW w Bielsku Białej. Osoby te nie są anonimowe.
Wspomina o nich Hieronim Woźniak w książce „Życiorysy na Żywiecczyźnie pisane”. Wydarzenia opisywane w zeznaniach zostały jednak w zdecydowanej większości pominięte.

Pierwszym z dokumentów jest zaświadczenie wydane przez WUSW w Bielsku Białej.
„… na podstawie zeznań świadków Bąk Jana, Święszek Władysława, Krzaka Władysława wynika, że obywatel Stanik Czesław przyjęty został na członka ORMO przy posterunku MO w Ślemieniu na początku 1948 roku i pełnił służbę do 30 czerwca 1953 roku oraz brał udział, wraz z funkcjonariuszami MO, SB i żołnierzami KBW w walkach z bronią w ręku przeciwko bandzie Burza i innym w rejonie służbowym posterunku MO Ślemień. Zaświadczenie wydaje się na prośbę zainteresowanego celem przedłożenia władzom ZBOWiD-u.”

„… Pismem z dnia 31 lipca 1984 roku zwrócił się (Czesław Stanik) do szefa WSW w Bielsku-Białej z prośbą o wydanie zaświadczenia o udziale w walce ze zbrojnym podziemiem w szeregach ORMO w latach 1948 – 1953. Obywatel Stanik Czesław (…) poinformował, iż do organizacji ORMO przyjęty został początkiem 1948 roku, służbę członka ORMO pełnił w posterunku MO Ślemieniu do sierpnia 1953 roku, to jest do chwili wyjazdu do Centralnej szkoły ZMP w Warszawie. Z uwagi na to, że aktywnie uczestniczył w kampanii wyborczej do sejmu w 1947 roku rozklejając z afisze i ulotki i że znany był ze swojej postawy miejscowym działaczom PPR oraz ze względu na dobry rozwój fizyczny, nie mając jeszcze ukończonych w pełni 18 lat został przyjęty do ORMO. Po przejściu szkolenia politycznego i obchodzenia się z bronią brał bezpośredni udział we wszystkich akcjach i służbach prowadzonych przez posterunek KPMO na terenie byłego powiatu żywieckiego. W 1949 roku został powołany na dowódcę plutonu ORMO w Ślemieniu którą to funkcję pełnił do 1953 roku. Udział jego w walce zbrojnej z reakcyjnym podziemiem polegał na tym, że jako członek ORMO i dowódca plutonu w Ślemieniu brał bezpośredni udział z bronią w ręku w zwalczaniu resztek grasujących w okolicy reakcyjnych Band i dezerterów z wojska. Brał udział szczególnie w walce z resztkami bandy Burzy na których wspólnie z funkcjonariuszami MO, UB, KBW organizowali zasadzki i obławy oraz pościgi. Brał też udział w likwidacji groźnego przestępcy Ormańca oraz wielu dezerterów posiadających broń, uczestniczył też w walce z reakcyjnym podziemiem gospodarczym szczególnie, w walce ze spekulacją, okradaniem ziem odzyskanych, bimbrownictwem i nielegalnym garbunkiem. Powyższe okoliczności mogą poświadczyć obywatele Bąk Jan będący wówczas zastępcą komendanta posterunku MO w Ślemieniu, Święszek Władysław, będący od 1946 roku funkcjonariuszem posterunku MO w Ślemieniu oraz krzak Władysław ówczesny działacz PPR i ORMO. Obywatel Stanik Czesław jest członkiem PZPR od 1951 roku odznaczony krzyżem kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski złotym i srebrnym krzyżem zasługi medalem 30-lecia Polski Ludowej brązowym i srebrnym medalem Za Zasługi dla obronności kraju brązową odznaką Za Zasługi dla Obrony Cywilnej, odznaką Za Zasługi dla Województwa Bielskiego i innymi.
Do prośby obywatel dołączył:

1) zaświadczenie sekretarza Komitetu Miejskiego PZPR w Żywcu z dnia 25 sierpnia 1984 roku stwierdzające, że w aktach partyjnych towarzysza Czesława Stanika założonych w 1951 roku figurują zapisy świadczące o przynależności wyżej wymienionego do ORMO to jest
a) W opinii rekomendującego towarzysza Bąka stwierdzono iż towarzysz Czesław Stanik jest członkiem ORMO
b) w ankiecie rejestracyjnej znajduje się zapis, iż należał on w latach 1948- 1953 do ORMO
2) zaświadczenie komendanta rejonowego ORMO w Żywcu z dnia 24 sierpnia 1984 roku stwierdzające: w książce „książka do rejestracji legitymacji ORMO w powiecie żywieckim”, założonej dnia 12 marca 1953 roku na stronie 2 w pozycji 12 figuruje zapis: Ślemień data wydania 12 marca 1953 roku dla kogo wydano: Stanik Czesław numer do danej legitymacji: 087 422, dowód odbioru z dnia 9 maja 1953 roku, data przedłużenia 30 czerwca 1953 roku

Zeznania świadków:

1) obywatel Bąk Jan syn Józefa, (…) zeznał:

W organach MO służyłem od 15 marca 1945 roku do 31 grudnia w 1950 roku cały czas na posterunku MO Ślemień, gdzie byłem zastępcą komendanta jednostki z racji służby w MO na tym terenie oraz zamieszkania w Ślemieniu znam bardzo dobrze obywatela Czesława Stanika, mieszkańca wówczas Ślemienia, był on wtedy członkiem MO. Na tym terenie przy posterunku MO Ślemień wymieniony wstąpił do ORMO z początkiem 1948 roku i należał do tej organizacji, w czasie, kiedy ja zostałem już zwolniony. Pracowałem później na innym stanowisku w Ślemieniu i pamiętam, że obywatel Stanik należał do ORMO jeszcze w 1953 roku. Jako członek ORMO wraz z nami funkcjonariuszami MO, SB i żołnierzami KBW, brał udział w walkach z bronią w ręku przeciwko bandzie Burzy i innym. Jestem członkiem ZBoWiD, kombatantem z racji utrwalania władzy ludowej.

Świadek sprawdzony został w wydziale C tutejszego WUSW, akta nr 63 po wyzwoleniu zamieszkał w Ślemieniu, przyjęty został do MO dnia 27 marca 1945 roku, w dniu 20 marca 1946 roku mianowany zastępcą komendanta posterunku MO Ślemieniu, w dniu 30 czerwca zwolniony ze stanowiska milicjanta na posterunku MO Ślemień na własną prośbę. Ze stanowiska zastępcy komendanta do spraw politycznych i wychowawczych wywiązywał się sumiennie był jednym z najlepszych zastępców.

2) obywatel Święszek Władysław (…) zeznał:

jestem rencistą MO, w organach MO służyłem od dnia 26 lutego 1945 roku. Jesienią 1946 roku zostałem przeniesiony z WUSW Kraków do posterunku MO Ślemień, komendantem tej jednostki był obywatel Antoni Greń a jego zastępcą obywatel Jan Bąk. z powodu złego stanu zdrowia zostałem zwolniony z MO z dniem 31 stycznia 1952 roku służąc tam poznałem obywatela Czesława Stanika, mieszkańca Ślemienia, który wstąpił w szeregi ORMO początkiem 1948 roku do jednostki przy posterunku MO Ślemieniu i należał ORMO jeszcze w czasie, kiedy ja się zwalniałem. Stwierdzam, że Czesław Stanik wspólnie z funkcjonariuszami MO, SB i żołnierzami KBW brał udział z bronią w ręku w likwidacji bandy zbrojnej reakcyjnego podziemia pod dowództwem Burzy, która grasowała w rejonie służbowym posterunku MO Ślemień. Jestem członkiem ZBoWiD, z tytułu mojej służby w MO i posiadam legitymację kombatancką.

Sierżant rezerwy Święszek Władysław figuruje w materiałach archiwalnych wydziału C tutejszego WUSW, przyjęty do MO z dniem 1 marca 1945 roku do baonu operacyjnego MO w Krakowie, z dniem 22 Listopada 1946 roku został przeniesiony do pracy w KPMO Żywiec na stanowisko milicjanta posterunku MO Ślemień, od dnia 15 listopada 1948 roku pracował w posterunku MO Gilowice a następnie od dnia 1 sierpnia 1950 roku posterunku MO Stryszawa w byłym KPMO Żywiec, z dniem 31 stycznia 1952 roku został zwolniony z MO na własną prośbę, należał do AK ujawnił się.

3) obywatel Krzak Władysław (…) zeznał:

Z racji mojego zamieszkania na terenie byłej Gminy Ślemień to jest w miejscowości Kocoń wstąpiłem do ORMO w 1947 roku, przy posterunku MO w ślemieniu, gdzie zostałem wybrany zastępcą komendanta ORMO gdyż komendantem był Julian Kubielas, do organizacji tej należę nadal, przypominam sobie że początkiem 1948 roku do naszej organizacji przyjęty został również Czesław stanik który zamieszkiwał wówczas w ślemieniu Obywatel Czesław stanik wspólnie z nami to jest pozostałymi członkami oraz funkcjonariuszami MO, uczestniczył w pościgach za członkami Band w zasadzkach i patrolach jako działacz uzbrojony w broń palną, przypominam sobie, że za naszą działalność ormowską byliśmy razem wyróżnieni i nagrodzeni kuponami materiału na ubranie, działał on w ORMO do miesiąca sierpnia 1953 roku, to jest do czasu zamieszkiwania w ślemieniu a później działał w organizacjach młodzieżowych. Z racji swojego udziału w utrwalaniu władzy ludowej jestem członkiem ZBoWiD zweryfikowanym jako kombatant.

Świadek figuruje w materiałach archiwalnych wydziału C tutejszego WUSW z dniem 15 marca 1945 roku został przyjęty na milicjanta posterunku MO Ślemień z dniem 30 listopada 1945 roku zwolniony z MO, brał udział w walkach z bandami w okresie od 15 marca 1945 roku do 30 listopada 1945 roku. Akt nie odnalazłam.
Przesłuchani świadkowie zgodnie zeznają, iż obywatel Czesław Stanik przyjęty został do organizacji ORMO przy posterunku MO w Ślemieniu początkiem w 1948 roku bez określenia konkretnej daty przyjęcia i członkiem ORMO w Ślemieniu był jeszcze w 1953 roku.
Taki sam zapis figuruje w jego dokumentach partyjnych, należy więc przyjąć za datę wstąpienia wyżej wymienionego do organizacji ORMO jako datę początkiem 1948 roku, za datę zwolnienia z orlą należy uznać datę przedłużenia wydanej legitymacji ormowskiej, to jest datę 30 czerwca 1953 roku.

Tak zainteresowany jak i wszyscy świadkowie zeznają, iż obywatel Czesław stanik jako aktywny członek ORMO brał udział w walce zbrojnej przeciwko bandzie Burzy. Grupa Burzy pod dowództwem Edwarda Michalika pseudonim Konar była jedną z grup bojowych 7. Okręgu NSZ Bartka, operowała szczególnie na terenie Dziedzic Ligoty Czechowic Zarzecza Mazańcowic, Chybia i Frelichowa. Na terenie byłego powiatu żywieckiego działała aktywnie banda Kopika Stanisława „Zemsty” i grupa „Sztubaka” Antoniego Bieguna – obie te grupy jeszcze po amnestii w 1947 roku działały nadal nielegalnie. Ponieważ w opisanej wyżej sprawie są oryginalne dokumenty potwierdzające, że obywatel Czesław stanik był członkiem ORMO w latach 1948 53, świadkowie zeznają, że posiadał na wyposażeniu broń. Można przyjąć że do końca 1948 roku brał udział w walce zbrojnej o utrwalenie władzy ludowej na terenie gminy Ślemień i w byłym powiecie żywieckim.
Na podstawie powyższych ustaleń wnoszę o:
1) zaliczenie obywatelowi Stanik Czesławowi (…) przynależności do organizacji ORMO przy posterunku MO ślemieniu w byłym powiecie żywieckim w okresie początku roku 1948 do dnia 30 czerwca 1953 roku
2) zaliczenie obywatelowi Stanik Czesławowi synowi Jana udziału w walce zbrojnej o utrwalenie władzy Ludowej od początku roku 1948 do dnia 31 grudnia 1948 roku
3) wydanie zainteresowanemu stosownego zaświadczenia dla władz ZBoWiD

Podpisano: starszy inspektor wydziału kadr w Bielsku-Białej podporucznik Krystyna Kąkol.

Prywatnie Czesław Stanik jest teściem Andrzeja Zielińskiego, wieloletniego starosty powiatu żywieckiego.

zdjęcie: Towarzystwo Miłośników Ziemi Żywieckiej

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Zero tolerancji

Pierwszego marca obchodzimy Narodowy Dzień „Żołnierzy Wyklętych”. Byli wyklęci przez komunistów, którzy ich nie tolerowali i zabijali. My natomiast wykazujemy się nie wiadomo dlaczego nadzwyczajną tolerancją wobec tych diabelskich czerwonych pomiotów.

Zacznijmy się wreszcie domagać koniecznych zmian we wszelkich instytucjach opanowanych przez resortowe dzieci i wnuki komunistyczne. Lista jest długa, ale jeżeli nie wykażemy się stanowczością, grozi nam generalna zapaść. Już teraz złodziej w todze może łapiącemu go policjantowi pokazać immunitet sędziego i usłyszeć co najwyżej przeprosiny.

Używanie słów wulgarnych w miejscach publicznych jest zabronione, ale znowu tylko teoretycznie. W praktyce można lżyć nawet głowę państwa i żaden policjant nie ośmieli się wylegitymować takiego osobnika, nie mówiąc już o wlepieniu mandatu. Właściwie dlaczego? Paragraf na to jest. W takiej sytuacji trudno wymagać, żeby w miejscu publicznym, jakim jest również teatr, ktoś reagował na zachowania obsceniczne. Na ulicy wulgaryzmy podlegają ochronie jako „wolność wypowiedzi”, a w teatrze czy galerii to „wolność artystyczna”. Można umieścić zawartość kubła z gnojem w galerii sztuki i kazać gawiedzi go podziwiać, bo autor legitymuje się dyplomem ASP. Taki „artyzm” wybija jak przepełnione artyzmem szambo na tak zwanych paradach równości w wielu miastach naszego kraju.


Państwo teoretyczne jest oczywiście bezsilne, bo zniewolone tolerancją dla wszelakiego draństwa i odrażających zboczeń. Czas powiedzieć – dość i zacząć to skutecznie zwalczać! Zero tolerancji.

autor: Małgorzata Todd

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

List Prymasa Polski przygotowujący do beatyfikacji Czcigodnego Sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego

W ubiegłą niedzielę księża odczytali list Prymasa Polski przygotowujący do beatyfikacji Czcigodnego Sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Poniżej zamieszczamy go w całości:

Umiłowani Siostry i Bracia,

W tekstach Pisma Świętego czytanych podczas dzisiejszej niedzielnej Eucharystii mowa jest o dwóch niezwykle ważnych i cennych darach, jakie otrzymujemy od Boga. Są nimi sól i światło. Jedno i drugie jest niezbędne dla życia człowieka i przyrody, która go otacza. Sól przecież nadaje smak pokarmom i zachowuje je przed zepsuciem, światło natomiast ogrzewa i oświeca. Słowo Boże zwraca jednak naszą uwagę na głębsze znaczenie tych darów. Obraz soli i światła to nauka jaką otrzymuje każdy z nas od Chrystusa. Jako Jego uczniowie nosimy w sobie jej niepowtarzalny „smak”. Naszym zaś zadaniem jest to, by nie zatrzymywać Chrystusowej nauki dla siebie, ale należy przenosić ją tam, gdzie życie utraciło swój smak i panuje ciemność. Dlatego tak ważne jest nasze codzienne zaangażowanie w głoszenie Ewangelii i dawanie o niej świadectwa, wówczas światło słowa Bożego, które w sobie nosimy, zabłyśnie w ciemnościach(Iz 58,10) i będzie świeciło wszystkim, którzy są w domu (Mt 5,15).

Solą ziemi i światłem świata był i ciągle jest Sługa Boży, kardynał Stefan Wyszyński. Możemy o nim powiedzieć, tak jak św. Paweł o sobie mówił mieszkańcom Koryntu, że nie przybył, aby błyszczeć słowem i mądrością, ale głosić Boże słowo, nie znał niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego, stawał przed ludźmi w słabości i bojaźni, by ukazywać moc Bożą (por. 1Kor 2,1-5). Siedemdziesiąt jeden lat temu, w święto Ofiarowania Pańskiego, 2 lutego 1949 roku, prymas Polski Stefan Wyszyński stanął z wielkim drżeniem (1Kor 2,3), a jednocześnie z pokorą i dumą przed podwojami „prastarej, płodnej matki kościołów polskich, bazyliki prymasowskiej”, by odbyć ingres do gnieźnieńskiej katedry. Cztery dni później, 6 lutego, uczynił to samo w stolicy Polski. W liście pasterskim na tą uroczystość napisał, że „ze czcią wielką i z religijnym namaszczeniem” stawia „swe stopy na warszawskim bruku (…) obmytym krwią ofiarną najlepszych, bohaterskich dzieci tego wspaniałego miasta” (02.02.1949 r.).

Wracamy dziś pamięcią do tych dwóch ingresów prymasa Polski, ponieważ przypominają one, że jego pasterska posługa w naszej Ojczyźnie była niczym sól i światło, bo dawała ludziom smak wiary na godne życie dzieci Bożych i wlewała nadzieję w niejedno ludzkie serce, w którym zgasła ufność. Kiedy prymas Stefan Wyszyński obejmował biskupie stolice w Gnieźnie i Warszawie, wypowiedział program swojej posługi. W liście na dzień ingresu pisał: „Nie przychodzę jako nieprzyjazny człowiek, ale jako zwiastun Dobrej Nowiny! Idę przepowiadać Wam Chrystusa ukrzyżowanego (…). Idę, by zwiastować Wam Ojca, który jest w niebie, (…) by głosić Wam miłość, pokój i dobro, by wszczepiać w dusze Wasze nowe życie łaski Bożej, by serca otuchą krzepić” (02.02.1949 r.).

Dzisiaj, kiedy spoglądamy z perspektywy czasu na jego ponad trzydziestoletnią prymasowską posługę, kiedy oczekujemy na czerwcowy dzień jego beatyfikacji, z przekonaniem możemy powiedzieć, że nakreślone zadania wypełnił. Nie sposób wymienić wszystkich Jego dokonań, ale warto zwrócić uwagę na niektóre z nich, a zwłaszcza na słowa wypowiedziane przez niego u początku prymasowskiej posługi, które wiernie realizował i były dla niego drogowskazem.

1. „Przychodzę (…) jako zwiastun Dobrej Nowiny”.

Prymas Stefan Wyszyński miał świadomość tego, że w pierwszym rzędzie dla powierzonych mu kapłanów i wiernych jest pasterzem. Dlatego też, wielką wagę przykładał do głoszenia Bożego słowa. Zdawał sobie sprawę z tego, że „potrzebna jest światu Ewangelia, głoszona przez Kościół” (Domaniewice, 23.05.1971), a „biskup jest po to, by głosił Ewangelię” (Warszawa 24.09.1975). Nie sposób zliczyć kazań, homilii, przemówień, listów pasterskich, w których przepowiadał Dobrą Nowinę o zbawieniu. Ten Boży Pasterz był wiernym głosicielem Ewangelii w słowie i czynie. Bardzo kochał Kościół, czuł się za niego odpowiedzialny, patrzył na niego oczami samego Chrystusa jak na Oblubienicę. Zwiastowanie wiernym Dobrej Nowiny, rozumiał jako zadanie, które ciągle musi trwać. Prymas uczył, że „Ewangelia i krzyż to nie są zabytki, że Kościół to nie archiwum – to aktualne życie! Nie wystarczy wspominać i mówić. Tak, to było dobre tysiąc lat temu, ale dziś? Właśnie i dziś aktualna jest Ewangelia i krzyż Chrystusowy, i dziś jest potrzebna służba Kościoła Chrystusowego Narodowi przez biskupów i kapłanów. Bo Kościół Chrystusowy to Kościół Boga Żywego, to Chrystus, który nie umiera. On żyje w nas!” (Gniezno, 24.04.1977 r.).

Istnieje dzisiaj potrzeba przypomnienia tych prymasowskich słów, kiedy wiara w Polsce u wielu ludzi, zwłaszcza w młodym pokoleniu, gaśnie. Kardynał Stefan Wyszyński staje się dla nas ogromnym wyrzutem sumienia, że niekiedy z obojętnością przechodzimy wobec wyzwań Chrystusowej Ewangelii i przypominamy zwietrzałą sól, która utraciła swój smak i nie świecimy przykładem żywej wiary otrzymanej na chrzcie świętym (por. Mt 5,13.15). Nie należy zapomnieć o tym, że wyrośliśmy z chrześcijańskich korzeni, tak jak i Europa, której jesteśmy częścią, wyrosła z tych samych korzeni co Polska.

2. „Idę przepowiadać Wam Chrystusa ukrzyżowanego”.

Prymas Tysiąclecia jest dla nas nie tylko wzorem przepowiadania Dobrej Nowiny o zbawieniu. Jego życie dowodzi, że możliwe jest zachowanie właściwej równowagi pomiędzy tym, co się głosi, a codziennością. Był wierny temu, co przyrzekł w dniu ingresu: „Idę przepowiadać Wam Chrystusa ukrzyżowanego”. Słowa te urzeczywistniły się bardzo szybko, kiedy doświadczył tułaczki i więzienia, pozbawiono go możliwości spełniania biskupiej posługi, zabroniono bezpośrednich kontaktów z kapłanami i wiernymi jego dwóch archidiecezji, odizolowano go od świata, tak jakby był największym zbrodniarzem i przestępcą. Ale także po uwolnieniu, niemal przez wszystkie lata prymasowskiej posługi, spotykał się ze strony ówczesnej komunistycznej władzy z upokorzeniami, oskarżeniami o zdradę Ojczyzny, o współpracę z obcymi mocarstwami. Stał się w ten sposób świadkiem Chrystusa ukrzyżowanego i przykładem wytrwałego znoszenia każdych cierpień. Dlatego po latach, u schyłku swojego życia, mógł otwarcie wyznać: „Z wielu rzeczy musiałem zrezygnować. Ale jednego nie mogłem się wyrzec: odwagi, męstwa i gotowości na każdą ofiarę, której Pan Bóg ode mnie zażąda. A wiecie, że zażądał wiele.” (Gniezno, 02.02.1979 r.).

Kiedy patrzymy na ten jakże bolesny, ale i potrzebny wymiar życia prymasa Stefana Wyszyńskiego, przypominamy sobie słowa św. Pawła z drugiego dzisiejszego czytania: Postanowiłem (…) nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego (1Kor 2,2). Prawdziwy uczeń Chrystusa bierze każdego dnia krzyż i w ten sposób Go naśladuje (por. Mt 16,24). Chociaż współczesny człowiek często wzbrania się przed taką perspektywą swojego życia i chciałby uciec przed tym, co wymaga trudu, poświęcenia i odwagi w wyznawaniu wiary, to tylko w taki sposób idzie się do świętości i doskonałości – przez krzyż i ofiarę z życia. Przypomina nam o tym sam Chrystus, który będąc w pełni solą ziemi i światłem świata nadaje smak i moc naszemu życiu. Przypomina o tym również Wielki Prymas Tysiąclecia poprzez swoją heroiczną wiarę, która nie cofnęła się nawet przed upokarzającym więzieniem.

3. „Przychodzę (…), by serca otuchą krzepić”.

Ksiądz prymas Stefan Wyszyński zapewniał też w dniu swojego ingresu, że przychodzi, by serca otuchą krzepić. Zadanie to wypełniał nie tylko poprzez głoszenie Ewangelii, ale również przez to, że okazał się prawdziwym Ojcem Narodu sponiewieranego, upokorzonego
i zniewolonego przez komunistyczny reżim. Dlatego wołał do rządzących, by uszanowali „prawo do prawdy, prawo do sprawiedliwości, prawo do szacunku, prawo do miłości, prawo do wolności, prawo do wolności sumienia, wyznania i do służby Bożej, prawo do katolickiego wychowania dzieci i młodzieży” (Gniezno, 14.04.1966 r.). Wiele razy upominał się o te elementarne prawa przysługujące każdemu człowiekowi. W okresach niepokojów społecznych zapewniał, że „Kościół nigdy nie mobilizuje dzieci żadnego narodu przeciwko temu narodowi i jego prawdziwemu dobru, przeciwko państwu i tym, którzy państwem władają” (Gniezno, 14.04.1966 r.).

Wsłuchując się w głosy współczesnych polityków, ludzi nauki i kultury, dziennikarzy i publicystów, osób odpowiedzialnych za wychowanie młodego pokolenia, należy przypomnieć jakże aktualne dzisiaj słowa wielkiego Ojca Narodu, które mogą stać się przesłaniem kierowanym do każdego z nas. „Jesteśmy przekonani – mówił prymas Stefan Wyszyński – że lepiej jest, gdy Naród wierzy, niż gdyby nie wierzył, że umacnianie wiary bardziej służy jedności Narodu, aniżeli jej niszczenie. (…) Umacnianie w Narodzie wiary w Boga Jedynego i Żywego dobrze Polsce służy. Sami oceńcie, co lepiej służy Narodowi: czy to, że jest zjednoczony w imię Boga Żywego, czy to, że jest bez Boga w sercu?” (Gdańsk, 18.01.1959 r.).

Trwając w oczekiwaniu na beatyfikację wiernego i oddanego Chrystusowi Pasterza, nie ustawajmy w pogłębianiu naszej wiary. Wracajmy do naszych korzeni, do chrztu świętego, który uczynił nas dziećmi Bożymi i dał nam nowe życie w Chrystusie. Bądźmy też wyrazicielami głębokiej wdzięczności wobec Boga za wkrótce błogosławionego Stefana Wyszyńskiego, który w naszych czasach staje się przykładem świadka Chrystusowej Ewangelii, uczy wiernego trwania pod Jego krzyżem i jest ojcem, który otuchą krzepi ludzkie serca.

Niech czas, poprzedzający dzień beatyfikacji Czcigodnego Sługi Bożego kardynała Stefana Wyszyńskiego, stanie się dla wszystkich okazją do przypomnienia sobie jego nauczania. Niech przez modlitwę przygotuje nas i sprawi, abyśmy odpowiadając na nasze powołanie, stawali się w tym świecie solą ziemi i światłem świata, którzy – jak wzywa nas papież Franciszek – będą dawać innym „wyraźne świadectwo o zbawczej miłości Pana” (por. EG 121). Na owocne przeżycie duchowego przygotowania do beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia wszystkim z serca błogosławię.

+ Wojciech Polak
Arcybiskup Metropolita Gnieźnieński
Prymas Polski

źródło: Episkopat Polski: https://episkopat.pl/abp-polak-kard-w-i-na-nasze-czasy-2/

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Jak SB Prymasa Tysiąclecia aresztowało

Był późny, piątkowy wieczór 25 września 1953 r. gdy do bramy Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej zapukali smutni „panowie w ceratach”. Dziś mija 66 lat od dnia uwięzienia kard. Stefana Wyszyńskiego przez władze komunistyczne.

Decyzja o uwięzieniu Prymasa Polski zapadła dzień wcześniej na posiedzeniu PRL-owskiego rządu. Prezydium rządu wydało uchwałę “O środkach zapobiegających dalszemu nadużywaniu funkcji pełnionych przez ks. arcybiskupa Stefana Wyszyńskiego”. Zawierała ona decyzję, że Prymas ma opuścić Warszawę i zamieszkać w wyznaczonym klasztorze bez prawa jego opuszczania aż do nowego zarządzenia władz.

Akcją aresztowania Prymasa kierował płk Karol Więckowski, dyrektor Departamentu XI Ministerstwa Bezpieczeństwa Narodowego, wzięło w niej udział 50 funkcjonariuszy SB. Wbrew planom, akcja rozpoczęła się po godzinie 21.45, gdyż dopiero wówczas kard. Wyszyński wyszedł z kościoła akademickiego św. Anny i dotarł na ul. Miodową około godziny 22.

Prymas szczegółowo ją zrelacjonował w swoich osobistych notatkach opublikowanych potem jako “Zapiski więzienne”. 

“Ci panowie chcieli strzelać”

“Usłyszałem kroki skierowane do mego mieszkania. Przyszedł ksiądz Goździewicz. Melduje, że jacyś panowie przyszli z listem od ministra Bidy do biskupa Baraniaka i proszą o otwarcie bramy. Wyraziłem zdziwienie: „O tej porze? Tknięty przeczuciem, wstałem i ubrałem się. Istotnie, w bramie stało kilka osób i mocno szturmowało klamkę.” – notował kard. Wyszyński.

Zszedł na dół, gdzie już funkcjonariusze prowadzili biskupa Baraniaka. Kazał otworzyć im bramę domu. 

– Ci panowie chcieli strzelać – mówi biskup Baraniak.

– Szkoda. Wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu – mówi Prymas.

W pewnym momencie pies Baca, zamieszkujący w Domu Arcybiskupów, rzuca się na jednego z funkcjonariuszy i rani go w nogę. – Jest zdrowy! – zapewnia rannego Prymas i jednocześnie prosi posługującą siostrę o jodynę do opatrzenia rany. 

Czytałem, ale nie przyjmuję do wiadomości

Wszyscy przechodzą do Sali Papieży. “Jeden z przybyłych wystąpił oficjalnie z wymówką, że Władzy państwowej nie otwiera się drzwi. Wyjaśniłem – pisze prymas – że dotąd jeszcze nie wiem, czy mam przed sobą przedstawicieli władzy, czy napad. Żyjemy tu na pustkowiu, wśród ruin i gruzów, i dlatego w nocy nikogo nie wpuszczamy. Tym bardziej, że ci panowie „w bramie” zaczęli od kłamstwa. Wreszcie wszystko się wyjaśniło. Jeden z panów zdjął palto, wyjął z teki list i otworzywszy – podał papier, zawierający decyzję Rządu z dnia wczorajszego. Mocą tej decyzji mam natychmiast być usunięty z miasta. (…) Prosił, bym to przyjął do wiadomości i podpisał. Oświadczyłem, że do wiadomości tego przyjąć nie mogę, gdyż w decyzji nie widzę podstaw prawnych”. Prymas jednak zgadza się napisać na dokumencie, że go czytał, ale zaznacza, że domu dobrowolnie nie opuści. 

Funkcjonariusze wydają polecenie, aby spakował osobiste rzeczy. Kardynał odmawia. Funkcjonariusze zaczynają się denerwować. Namawiają posługującą tu siostrę, by ona przekonała Prymasa do spakowania. Ten jej odpowiada: Siostro, nic nie zabieram. Ubogi przyszedłem do tego domu i ubogi stąd wyjdę. Siostra składała ślub ubóstwa i wie, co on znaczy.

Ostatnie spojrzenie na Matkę

Zamiast się pakować Prymas idzie do pracowni, gdzie porządkuje książki. Wreszcie jeden z panów proponuje, by przeszli do gabinetu przyjęć. Przechodzą na drugą stronę domu. Tam kardynał porządkuje dokumenty, podpisuje nowe, które mu wcześniej zostawiono. Po skończeniu pracy bierze różaniec i brewiarz i – meldując to pilnującym go osobnikom – przechodzi do kaplicy, by “spojrzeć na tabernakulum i moją Matkę Bożą w witrażu”.

Podają mu kapelusz i płaszcz. Ponownie protestując przeciwko uprowadzeniu go – kardynał schodzi z funkcjonariuszami do samochodu. 

Pomimo późnej pory Prymas dokładnie śledzi trasę przejazdu samochodów wiozących go w nieznanym kierunku. Zwraca uwagę, jakim mostem przejeżdżają przez Wisłę, jakie po wyjeździe z Warszawy mijają miejscowości. Czuwa. 

“Widniało, gdy zatrzymaliśmy się na północnym przedmieściu Grudziądza – notuje Prymas. Po krótkim postoju zawróciliśmy w kierunku Jabłonowa. Ludzie dążyli do pracy. Przyjechaliśmy z powrotem do Rywałdu. Było to miejsce mojego przeznaczenia. Wjechaliśmy w puste podwórze gospodarcze klasztoru Ojców Kapucynów. Dość długo czekałem w wozie, zanim „pan w ceracie” zaprosił mnie do wnętrza brzydkiego budynku. Wprowadzono mnie do pokoju na pierwszym piętrze. Oświadczono mi, że to jest miejsce mego pobytu, że nie należy wyglądać oknem. 

Właśnie wtedy, na ręce rozmawiającego z nim funkcjonariusza, kard. Wyszyński, składa ostatni tego dnia protest.

Protestuję!

“Protestuję – mówi funkcjonariuszowi kardynał – przeciwko gwałtowi, przeciwko sposobom postępowania z obywatelem, którego państwo mogło dosięgnąć w inny sposób, zgodny z Konstytucją. Protestuję przeciwko uniemożliwieniu mi sprawowania rządów nad diecezjami gnieźnieńską i warszawską. Protestuję przeciwko pogwałceniu jurysdykcji Stolicy świętej, którą wykonywałem na mocy uprawnień specjalnych. Oświadczam, że czyn dokonany przez Rząd jest bardzo szkodliwy dla Rządu, gdyż spowoduje ataki radia i prasy zagranicznej. Protestuję przeciwko zakazowi spoglądania przez okno.”

Gdy trafia do wyznaczonej mu celi spostrzega “pierwszy przyjazny głos” – obrazek z Matką Bożą i napisem “Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych”. 

Dzieje się coś właściwego

W tym momencie w swoich notatkach kardynał przestaje relacjonować bieżące zdarzenia, wymiany zdań, atmosferę. Zanurza się w duchowej refleksji nad swoją sytuacją. Notuje:

“Przecież stało się to, czym tyle razy mi grożono: cierpieć zniewagę dla Imienia Jezusa. Lękałem się, że już nie będę miał udziału w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia. Większość z nich oddała tam swe życie; kilku wróciło w stanie inwalidztwa, jeden umarł po odbyciu więzienia polskiego. Byłoby coś niedojrzałego w tym, gdybym ja nie zaznał więzienia. Dzieje się więc coś bardzo właściwego; nie mogę mieć żalu do nikogo. Chrystus nazwał Judasza „przyjacielem”. Nie mogę mieć żalu do tych panów, którzy mnie otaczają i byli dla mnie dość grzeczni. Oni mi przecież pomagają do dzieła, którego nieuchronność od dawna była oczywista dla wszystkich. Muszę doceniać to, co mnie od tych ludzi spotyka” – tymi słowami Prymas kończy swoje notatki z dnia uwięzienia. 

Nie wyrzekłbym się tych lat

W internowaniu spędził 3 lata pomiędzy 25 września 1953 – 28 października 1956, najpierw przebywając 2 tygodnie w Rywałdzie, potem rok w Stoczku Klasztornym, rok w Prudniku i rok w Komańczy. W tym czasie przygotował Jasnogórskie Śluby Narodu oraz dziewięcioletni program Wielkiej Nowenny przed obchodami Milenium Chrztu Polski.

Na miesiąc przed uwolnieniem, gdy wiedział już że jego uwolnienie jest już tylko kwestią czasu, Prymas zanotował w swoim dzienniku „Pro memoria”: „Nigdy nie wyrzekłbym się tych trzech lat i takich trzech lat z curiculum mego życia. Jednak lepiej, że upłynęły one w więzieniu, niżby miały upłynąć na Miodowej. Lepiej dla chwały Bożej, dla pozycji Kościoła Powszechnego w świecie – jako stróża prawdy i wolności sumień; lepiej dla Kościoła w Polsce i lepiej dla pozycji mojego Narodu; lepiej dla moich diecezji i dla wzmocnienia postawy duchowieństwa. A już na pewno lepiej dla dobra mej duszy. Ten wniosek zamykam dziś, w godzinie mego aresztowania, swoim Te Deum i Magnificat”.

***

Na podstawie materiałów prasowych Archidiecezji Warszawskiej oraz “Zapisków Więziennych”, wyd. Apostolicum 1995. 

źródło: Artykuł z 25.09.2019 Stacja7.pl https://stacja7.pl/kardynal-stefan-wyszynski/jak-sb-prymasa-tysiaclecia-aresztowalo/

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Magiczna liczba

Szanowni Państwo!

   Są dwa zasadniczo odmienne sposoby zdobywania majątku – ciężką pracą, lub rozbojem. Polacy od wieków preferowali ten pierwszy sposób, a nasi sąsiedzi ten drugi. Bóg jeden wie jak nam, Polakom udawało się przetrwać te wszystkie wyniszczające wojny, ciągle rozboje i totalny rabunek. Może zawdzięczamy to hołdowanym wartościom wyższym niż „mamona”? Wartości muszą się jednak przejawiać w działaniu, a bez majątku nie da się zdobyć, ani utrzymać odpowiedniego prestiżu i koło się zamyka.

     Przed nami znowu trudny czas. Rosja z Izraelem, przy tradycyjnym wsparciu Niemiec i Francji znowu szyją nam buty. Jawne zakłamywanie historii najnowszej nie ma na celu zwykłej chęci dokuczenia nam. Chodzi o kolejną, totalną grabież na mocy aktu 447 Just. Oni próbują przekonać Świat, że Polacy ponoszą winę za wszelkie zło, jakie się działo i nadal dzieje. W obliczu takiego straszliwego wroga cel uświęca środki. Mienie bezdziedziczne w całym cywilizowanym świecie przechodzi na rzecz skarbu państwa kraju, w którym się znajduje. Zrobienie wyjątku na rzecz organizacji żydowskich w Polsce zostanie zaakceptowane i nikt nie kiwnie palcem. Prawa należy przestrzegać, ale przecież nie w wypadku narodu ponoszącego winę za wszelkie nieszczęścia dwudziestego wieku!

    „A imię jego czterdzieści i cztery”, do czego dodajmy jeszcze siódemkę i otrzymamy kolejny numer niniejszego felietonu.

Pozdrawiam i do następnej soboty,


Małgorzata Todd

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Bój to jest ich ostatni!

Od początku działalności klubów „Gazety Polskiej” jednym z głównych tematów spotkań jest sytuacja w sądownictwie. Zawsze wśród uczestników spotkania, niezależnie od tematu rozmowy, znajdzie się ktoś, kto szukając pomocy i zrozumienia, dzieli się swoimi problemami z wymiarem sprawiedliwości. Do biura klubów przychodzą odręcznie pisane listy, w których nierzadko na kilkunastu stronach ludzie opisują tragedie, jakie przeżyli oni i ich bliscy z powodu niesprawiedliwych i krzywdzących wyroków sądowych. W tych listach, pisanych czasami ręką seniora, ludzie proszą o sprawiedliwość, której od lat domagają się od instytucji państwa. Tej pomocy szukają wśród dziennikarzy i organizacji pozarządowych, bo w sądach jej nie znaleźli. Kiedy czyta się te listy, słucha się opowieści, człowiek zaczyna sobie zadawać pytanie: w jakim kraju my żyjemy? Dopiero teraz, po kilkudziesięciu latach wolnej Polski próbuje się dokonać reformy sądownictwa. Zmian, na które czeka kolejne pokolenie Polaków, które kiedyś uwierzyło, że żyje w suwerennym i wolnym kraju. Spotkajmy się w sobotę 8 lutego przed Trybunałem Konstytucyjnym i wykrzyczmy kaście sądowniczej w twarz: „wasz czas dobiegł końca!”.

Kapuściński Ryszard

źródło: KGP

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

„Rozgnieść tę gnidę można tylko przed sądem, jeśli nie chce się ubrudzić rąk.”


Panie Hubercie! Gnidy należy rozgniatać, żeby smród się nie roznosił. Ma Pan do czynienia z wyjątkowo odrażającą gnidą i możnaby ją zignorować żeby się nie ubrudzić. Jednak rozgnieść tę gnidę można tylko przed sądem, jeśli nie chce się ubrudzić rąk.
Życzę powodzenia i odporności psychicznej, pozdrawiam, jeden z tych 65 tysięcy (pisownia oryginalna)


Taką wypowiedź Wiesław Augustynowicz pozostawił pod filmem na profilu Huberta Maślanki skierowanym do Jerzego Jachnika. Zastanawia ton, agresja i język – choćby słowo gnida, które zostało użyte trzy razy. Nie jest to jedyna obelga w tych kilku krótkich zdaniach. Szczególnie jednak zdumiewa treść zawarta w tym ataku. Co oznacza owo „brudzenie rąk”? Czy jest to tylko niekontrolowany wybuch nienawiści? Co mogłoby się wydarzyć, gdyby ten sędziwy już człowiek o bogatej karierze politycznej i równie ciekawej historii własnej rodziny, wypowiedział te słowa w okresie PRL? Powodem tak nerwowej reakcji stała się dyskusja między panem Jerzym Jachnikiem, posłem 8. kadencji na Sejm RP a kandydatem na senatora Hubertem Maślanką. W wyniku tej wymiany zdań Hubert Maślanka przyznał, że jego ojciec był oficerem Służby Bezpieczeństwa:

Tak, mój tata był oficerem Służby Bezpieczeństwa. (…)
Nie był złym człowiekiem. Dla mnie jako dziecka, źli jawili się głównie Ci, którzy do niego przychodzili – ludzie, którzy dla paszportu czy kilku prezentów z zachodu sprzedawali swoich sąsiadów, kolegów, czasami rodzinę.
Ja Panie Jachnik wiem doskonale, co reżim komunistyczny robił ze „swoimi” ludźmi, jak ich szkolił, jak tresował (sic!), jak przetrzebiał umysły, niestety uczył również jak walczyć i jak niszczyć. Wiem, bo cała moja rodzina tego doświadczała. Myśli Pan, że u mnie w rodzinie były pieniądze, były pomarańcze, że były jakieś profity? … to niech Pan tak dalej myśli (…)

Z tej wypowiedzi można wnioskować, że Hubert Maślanka nie uważa się za beneficjenta systemu komunistycznego, co więcej – być może w jakimś stopniu odczuł jego negatywne skutki. Co jednak mogą mieć do powiedzenia ludzie, którzy doświadczyli służbowej działalności jego ojca? Przytoczymy fragment prośby o przepustkę internowanego na okres świąt Bożego Narodzenia:


Matka moja … będąc świadkiem internowania mojego męża doznała silnego szoku nerwowego który doprowadził do choroby psychicznej, w skutek czego przebywa aktualnie w szpitalu dla psychicznie chorych w Krakowie Kobierzynie. W chwilach świadomości Matka usilnie prosi o umożliwienie jej zobaczenia zięcia i z tego powodu uważam, że wizyta mego męża u Matki wpłynie dodatnio na stan zdrowotny chorej. Sytuacja moja w chwili obecnej jest bardzo ciężka. Mając dwoje dzieci, najmłodszy 4 lata, częste konieczne wyjazdy do szpitala do Matki, brak pomocy domowej, tak że wszystko wpływa ujemnie na moje zdrowie psychiczne i fizyczne wskutek czego często choruję. Dodatkowo przytłacza mnie widok smutku i tęsknoty moich dzieci za ojcem a szczególnie tego 4 letniego synka…

Prośba została zaopiniowana negatywnie przez ojca Huberta Maślanki, którego rozłąka rodziny internowanego najwyraźniej nie wzruszyła.  Skoro więc – jak dowiadujemy się z coming outu – nie był on złym człowiekiem,  gdzie kandydat Koalicji Obywatelskiej doszukuje się prawdziwego zła? Kim byli ” ludzie, którzy dla paszportu czy kilku prezentów z zachodu sprzedawali swoich sąsiadów, kolegów, czasami rodzinę”? Wiesław Augustynowicz w swoim życiorysie zapisał wiele wyjazdów zagranicznych. Czy mógł należeć do tej grupy? Raczej nie, ponieważ cieszył się zaufaniem Służb Bezpieczeństwa i raczej nie musiał o nie zabiegać:

Odpowiadając na pismo z dn. 20.08.1976r. uprzejmie informuję, że Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej nie wnosi zastrzeżeń w sprawie upoważnienia Ob. Wiesława Augustynowicza do prowadzenia prac tajnych i obronnych stanowiących tajemnicę państwową i służbową.

Wiesław Augustynowicz pracował w wielu zakładach na stanowiskach kierowniczych m.in. jako zastępca dyrektora Odlewni Żeliwa w Węgierskiej Górce, aktywny członek PZPR. Wyjeżdżał służbowo do krajów byłego bloku wschodniego oraz do państw Bliskiego Wschodu takich jak Pakistan i Egipt. Przypomnijmy, że w centralach handlu zagranicznego funkcjonariusze służb specjalnych PRL zbierali kapitał, który wykorzystali po 1989 roku. W PTHZ Varimex, z którą związany był  Wiesław Augustynowicz, działał TW „Marta” – tajny współpracownik SB. CHZ-y na przełomie lat 80. i 90. stały się również elementem procesu uwłaszczania nomenklatury PZPR i osób związanych z tajnymi służbami PRL.

Wiesława Augustynowicza łączą też bliskie związki rodzinne z Adolfem Bielem, działaczem Komunistycznej Partii Polski, PPR i PZPR, który w roku 1946 brał czynny udział w zwalczaniu podziemia niepodległościowego na Żywiecczyźnie.

Z kolei ojciec Wiesława Augustynowicza aktywnie działał w Stowarzyszeniu PAX. Stowarzyszenie PAX było jedną z organizacji katolików świeckich w PRL, której działalność trudno jednoznacznie ocenić. PAX nazywany był państwem w państwie i największym prywatnym imperium gospodarczym na wschód od Łaby. Grupa Piaseckiego będąc członkiem Frontu Jedności Narodu i posiadając swą reprezentację w Sejmie, legitymizowała działania władz, ale też starała się „ugrać coś dla siebie”.  PAX służył komunistom do rozbijania od środka Kościoła katolickiego w Polsce. W latach stalinizmu Piasecki (prezes Stowarzyszenia) odgrywał rolę agenta wpływu. W czasie nasilonych represji wobec Kościoła wielokrotnie namawiał prymasa Stefana Wyszyńskiego do ustępstw wobec komunistów i do podporządkowania się ich żądaniom. W latach 80-tych funkcję prezesa organizacji pełnił Zenon Komender –  ówczesny zastępca przewodniczącego Rady Państwa, członek Prezydium Tymczasowej Rady Krajowej Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, w 1983 wybrany na wiceprzewodniczącego Krajowej Rady Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

W swoich licznych wpisach Hubert Maślanka swobodnym językiem, pełnym wyszukanych przenośni, dokonuje wielu spostrzeżeń i luźnych konkluzji. Ostatnio podzielił polskie społeczeństwo na pasażerów pociągu – pierwszej i drugiej klasy oraz ludzi kierujących pociągiem.

PiS w reformowaniu sądownictwa przypomina pasażera, który uciuławszy drobne na bilet drugiej klasy, wsiadł do pierwszej, po czym stwierdził, że mając bilet, ma również prawo wejść do lokomotywy, zatrzymać pociąg i zmienić kierunek jazdy.
To nic, że w środku siedzą inni podróżnini (podróżni – przypisek RD). Ów pasażer wie, że oni są pochłonięci podrożą, wpatrzeni w smartfony, w ciepłym (jeszcze) wagonie, wciąż są przekonani, że ich pociąg jedzie w dobrym kierunku.

Nie mamy złudzeń, że kandydat do senatu wysoko ceni swoich przeciwników politycznych.

A moglibyśmy jednak mieć jakiś cień wątpliwości pamiętając hrabiego Zamoyskiego, który podróżował nawet trzecią klasą pociągu (bo nie było czwartej). Dosyć zagadkowo wygląda grupa pasażerów pierwszej klasy (którzy nie musieli zbierać drobnych na bilet) oraz – domniemane gremium kierujące pociągiem. Kogo można wytypować do tej grupy? Czy przynależność do niej jest zarezerwowana wyłącznie dla protestujących przed sądami?

O ile nie ma jednoznacznej odpowiedzi na postawione pytania, to jednak można być pewnym pełnego zrozumienia pomiędzy Hubertem Maślanką a Wiesławem Augustynowiczem o czym świadczy odpowiedź Huberta Maślanki na cytowany przez nas komentarz:

Panie Wiesławie, nie mogę dać lajka, bo nie daję, kiedy się pojawiają zbyt moce słowa. Niemniej dziękuję za Pana słowa, a język rozumiem.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Related Sites