Archive | Ogólnie

Eurodeputowany Hans-Olaf Henkel: „Polacy nie potrzebują dobrych rad Niemców. Urządzając nagonkę na PiS niemieccy chadecy wspierają PO, swojego politycznego sojusznika”. NASZ WYWIAD

Nie ma innego narodu w Europie, który na przestrzeni ostatnich 100 lat tak zajadle walczył o wolność i demokrację, jak Polacy. Niech ci za Odrą, którzy mają czelność pouczać Polaków, zastanowią się co w tym czasie robili Niemcy. (…) Chciałbym przy okazji przypomnieć unijnym instytucjom, że nikt tak nie łamie unijnego prawa i traktatów, jak one. Na przestrzeni ostatnich trzech, czterech lat, traktaty były regularnie deptane, m.in. przez Komisję Europejską. Szef KE, Jean-Claude Juncker stwierdził, że „gdy sytuacja staje się poważna, należy kłamać”. Cóż to są za autorytety w dziedzinie praworządności?

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Hans-Olaf Henkel, niemiecki przedsiębiorca i polityk, były prezes Federalnego Związku Przemysłu Niemieckiego (BDI) oraz poseł do Parlamentu Europejskiego z frakcji Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (ECR).

wPolityce.pl: Niemieckie media i politycy apelują do Unii Europejskiej, by ukarała nowy rząd PiS za brak woli do przyjmowania imigrantów, ustawę medialną i reformę Trybunału Konstytucyjnego. Słusznie?

Hans-Olaf Henkel: Oczywiście, że nie. Czy to nie dziwne, że rząd PiS tak zajadle atakują akurat Niemcy? Uważam, że rzuca się to aż nadto w oczy. Inne kraje, choćby Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy czy Francja, jakoś w tym nie uczestniczą. Na poziomie unijnym w całej tej bezczelnej nagonce, bo tak należy to nazwać, również przodują Niemcy, a mianowicie szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz. Przypadek? Nie sądzę. Schulz miał czelność mówić o „zamachu stanu”. Wydaje mi się, że zamiast się tak emocjonować, powinien nauczyć się trzymać język w ryzach. Nie jest też przypadkowe, że to komisarz UE z Niemiec, Günther Oettinger, opowiedział się za objęciem Polski nadzorem Komisji Europejskiej. Jest to delikatnie mówiąc, niestosowne. Jednocześnie nie słychać już ani słowa krytyki wobec premiera Węgier Viktora Orbana, mimo iż do niedawna był wrogiem publicznym numer jeden w UE. Dlaczego tak jest? Bo partia Orbana – Fidesz – należy do frakcji Europejskiej Partii Ludowej w PE, podobnie jak niemiecka chadecja (CDU/CSU) oraz Platforma Obywatelska. A swoich się nie krytykuje. Swoich się wspiera. To tłumaczy także nagonkę na PiS. Rządzący w Berlinie chadecy w ten sposób pomagają PO, swojemu sojusznikowi. Jest to niesłychanie zakłamane towarzystwo. A cała ta nagonka to wyrachowana polityczna gra.

Myślałam, że chodzi o standardy. Rzekomo w Polsce zagrożona jest demokracja…

Bzdura. Akurat Niemcy nie powinni pouczać Polaków. Nie ma innego narodu w Europie, który na przestrzeni ostatnich 100 lat tak zajadle walczył o wolność i demokrację, jak Polacy. Niech ci za Odrą, którzy mają czelność pouczać Polaków, zastanowią się co w tym czasie robili Niemcy. Polacy potrafią sami rozwiązywać swoje wewnętrzne problemy i nie potrzebują dobrych rad sąsiadów. Polski naród sam poradzi sobie z kryzysem wokół mediów publicznych i Trybunału Konstytucyjnego, jeśli taki kryzys w ogóle ma miejsce. Nic nam do tego.

Sankcje, którymi się nam grozi, są jednak dość poważne. Uruchomienie tzw. „mechanizmu praworządności”, łącznie z zawieszeniem prawa głosu w Radzie UE. Jak mamy się przeciwko temu bronić?

Nie chcę popełniać tego samego błędu, co większość mediów i polityków za Odrą, czyli wtrącać się i pouczać. Co polski rząd powinien zrobić, a co nie. Polacy sami wiedzą jak bronić swojego państwa i swoich interesów. Chciałbym jednak przy tej okazji przypomnieć elitom w Berlinie, że to polska opozycja doprowadziła do upadku muru Berlińskiego. To Polacy dali wolność milionom NRD-owców, czyli de facto milionom Niemców. Św. Jan-Paweł II więcej zrobił dla demokracji w NRD niż tuziny zachodnioniemieckich polityków. Chciałbym przy okazji przypomnieć unijnym instytucjom, że nikt tak nie łamię unijnego prawa i traktatów, jak one. Na przestrzeni ostatnich trzech, czterech lat, traktaty były deptane, m.in. przez Komisję Europejską. Szef KE, Jean-Claude Juncker, na dodatek stwierdził, że „gdy sytuacja staje się poważna, należy kłamać”. Cóż to są za autorytety w dziedzinie praworządności? Do tego dochodzi kanclerz Niemiec Angela Merkel, która wobec kryzysu imigracyjnego wielokrotnie złamała traktat Dubliński. Nie Polacy, nie Orban, tylko Niemcy. Praktycznie co tydzień Europejski Bank Centralny łamie własny statut, wykupując na masową skalę obligacje zadłużonych państw południa Europy. Tak unijne instytucje traktują prawo. A do polskiego rządu maja pretensje? Niech najpierw zrobią porządek u siebie, a nie wtrącają się do wewnętrznej polityki suwerennych państw.

Rozmawiała Aleksandra Rybińska

źródło: wPolityce.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (1)

Powstaje Centrum ścigające komunistów

Powstało Centrum Ścigania Zbrodniarzy Komunistycznych i Faszystowskich

12 grudnia 2015 r. środowiska niepodległościowe powołały w Warszawie Europejskie Centrum Ścigania Zbrodniarzy Komunistycznych i Faszystowskich. Odbyła się konferencja prasowa i dyskusja uczestników Komitetu Honorowego  z udziałem Przywódcy Solidarności Walczącej i Marszałka Seniora Sejmu RP Kornela Morawieckiego, Adama Słomki (KPN-Niezłomni), Andrzeja Melaka (Komitet Katyński), Przemysław Sytka, Zygmunta Miernika, Andrzeja kazimierczaka i Macieja Lisowskiego.

Honorowym przewodniczącym Centrum jest Władimir Bukowski
Pracami Centrum Scigania Zbrodniarzy Komunistycznych kieruje założyciel Fundacji Adam Słomka.

Marszałek senior, poseł Ruchu Kukiz’15 Kornel Morawiecki tłumaczył, że celem Centrum ma być ujawnianie oraz stawianie przed sądem osób odpowiedzialnych ze zbrodnie popełnione przez służby państwowe w okresie PRL – zwłaszcza osób, które – jak mówił – nadal pełnią funkcje publiczne. Zapowiedział także powstanie portalu internetowego, na którym będzie można zgłaszać takie przypadki.

– Marzyło nam się, że będzie Polska niepodległa i jest Polska niepodległa. I teraz przed nami prostsze zadanie: żeby ona była praworządna, to znaczy, żeby bandyci, zbrodniarze, przestępcy nie kierowali głównymi organami państwa, żeby rozliczyć system, żeby nikt się nie chwalił, że był w PZPR i był dumny z tego, że był komunistą. To trzeba po prostu zakończyć – powiedział Morawiecki, który jest honorowym przewodniczącym komitetu.

Nawiązując do przypadającej na niedzielę 34. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego, poseł ruchu Kukiz’15 mówił, że działalność Centrum nie będzie ograniczać się jedynie do ujawniania odpowiedzialnych za zbrodnie okresu stalinowskiego. – Nie chodzi nam tyko o zbrodnie stalinowskie, ale chodzi nam o to, żeby również tą czarną kartę historii lat osiemdziesiątych, stanu wojennego, to uderzenie w naród, w Solidarność, też żeby rozliczyć, oczyścić – poinformował.

 

Napisano wOgólnieKomentarzy (1)

Powtórka z grubej kreski

Szanowni Państwo!
Tak jak uczeni radzieccy odkryli schizofrenię bezobjawową, takich późniejsi towarzysze wywodzący się z postkomunistycznej nomenklatury odkryli prawidłowość w sposobie sprawowania władzy, polegający na powtarzaniu w kółko starego triku z grubą kreską. Zadziwiające, jak to stale działa.

Tym razem odciąć należy wszelkie afery i podłości dokonane za czasów sprawowania władzy przez PO&PSL, co jednak tym razem wcale nie oznacza zielonego światła dla nowego rządu. Przeciwnie. Nadal obowiązuje straszenie PiS-em. Tu fantazji postkomunistycznych aparatczyków na stanowiskach przeróżnych redaktorów nic nie ogranicza. Mamy przecież demokrację i wolność słowa. Mogą więc nowemu rządowi zarzucać planowanie dowolnej zbrodni, bo jak udowodnić, że się nie ma złych zamiarów, zwłaszcza przyjmując radziecki bezobjawowy charakter tych „knowań”? Jako „dowód” wystarczy, że jakaś gazeta napisała, że ktoś komuś coś powiedział, a jeśli nawet nie powiedział, to mógł powiedzieć, a już na pewno pomyślał.
To wystarczy. Dureń kupi wszystko.

Pozdrawiam z nadzieją na lepszy 2016 rok,
czego nam wszystkim życzę.
Do siego roku!
Małgorzata Todd

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Niemiecki portal: „Kurs polityki polskiej niebezpieczny dla UE, ale cieszy się poparciem Waszyngtonu”. Zaniepokojenie w Berlinie i w Moskwie ideą Międzymorza

Portal „Deutsche Wirtschafts Nachrichten” przedstawił interesującą analizę polskiej polityki, która – zdaniem autora analizy – niesie ze sobą „kontrolowane”, uzgodnione z Waszyngtonem, zagrożenie dla obecnej formy Unii Europejskiej. Wściekły atak mediów niemieckich, które zapewne publikują to, co myśli rząd Angeli Merkel – ale z przyczyn oczywistych nie może tego mówić – może być pośrednim dowodem, że analiza jest trafna.
Nowy polski rząd prowadzi zdumiewająco twardy kurs na konfrontację z Unią Europejską
— czytamy we wstępie analizy.
Następnie jej autor opisuje szybkie tempo zmian związanych z Trybunałem Konstytucyjnym oraz w mediach publicznych i reakcję na to polityków unijnych.
Potem jednak przechodzimy do najciekawszej części tekstu. Oto według autora plan Prawa i Sprawiedliwości jest dalekosiężnym planem rozluźnienia związków z Unią Europejską na rzecz zwiększenia nad Wisłą obecności NATO. Na dodatek plan ten cieszy się tak dużym poparciem w USA, że jakiekolwiek próby unijnych nacisków na Polskę, aby zmieniła kurs, nie mają szans, zwłaszcza w kwestiach związanych z bezpieczeństwem.
Jako przykład autor analizy podał Grecję, której Berlin niedawno groził wyrzuceniem ze strefy euro. Waszyngton powiedział „nie” i na dodatek przeforsował, aby wydatki zbrojeniowe (które w Grecji są największe w NATO po USA i Turcji), wyłączyć z pakietów oszczędnościowych, choć instytucje finansowe bardzo na to nalegały.
„DWN” pisze, że działania rządu PiS ma niepisaną zgodę potężnego lobby przemysłowo-wojskowego w USA oraz w Europie. Amerykanie – zdaniem autora analizy – w pełni aprobują tworzenie przez Warszawę antyrosyjskiego sojuszu obronnego krajów Europy środkowo-wschodniej, który to sojusz umownie nazywany jest Międzymorzem – w nawiązaniu do starych idei Józefa Piłsudskiego.
Myślę o tym, jako bloku państw partnerskich, rozciągających się od Bałtyku aż po Morze Czarne. Państwo jest silne, gdy otoczone jest przez sojuszników
— cytuje portal wypowiedź prezydenta Andrzeja Dudy.
Portal wylicza, że oprócz Polski w sojuszu miałyby być: Estonia, Łotwa, Litwa Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria. Oraz jako dodatkowe komponenty w przyszłości: Azerbejdżan, Gruzja, Turcja i Ukraina.
Polska to dziś najważniejszy przyczółek USA przeciw Rosji
— konkluduje autor.
Z tekstu wynika niezbicie, że zanurzenie się w ideę Międzymorza jest szansą dla Polski rozluźnienia związków z Brukselą, z którą nie tylko Polska ma coraz więcej na pieńku, co widać zwłaszcza teraz – w dobie kryzysu imigracyjnego wywołanego przez Niemcy. Pomysł rozluźnienia stosunków polsko-unijnych i kurs na Międzymorze, ma być klinem wbitym pomiędzy Berlin a Moskwę. I dlatego życzliwie patrzy na to Waszyngton.
Portal dodaje, że niektóre ośrodki amerykańskie są zaniepokojone tempem zmian i ich zasięgiem, ale obawy te mają jedynie takie podłoże, iż mogą utrudnić realizację dalekosiężnych zamysłów nowych polskich władz.
Analiza DWN” zapewne ma sporo mankamentów i uproszczeń. Ale jest poważny sygnał, że dość trafnie opisuje rzeczywistość geopolityczną: działania Polski wywołują wściekłość w Berlinie. Analiza została też przetłumaczona i opublikowana przez kremlowskie medium propagandowe „Sputnik”.

autor: Sławomir Sieradzki

źródło: wPolityce.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Polska – Saksonia – Rosja

w roku tysiąc sześćset osiemdziesiątym trzecim, polski król Jan Trzeci Sobieski zwyciężył Turków pod Wiedniem. Samych Polaków zwycięstwo to jednak nie wzmocniło. Brytyjski historyk Norman Davis pisze w swojej historii Polski „Serce Europy” (cytuję): „Sobieski pokonał Turków, ale nie udało mu się być panem własnych poddanych“ (koniec cytatu).

W roku tysiąc sześćset dziewięćdziesiątym siódmym, zaledwie czternaście lat później – saski elektor August Drugi – nazywany Mocnym – został wybrany królem Polski. Z czteroletnią przerwą nastąpiły dla Polski czasy panowania królów saskich trwające prawie sześćdziesiąt lat.
Norman Davis ocenia, że kulturalny i gospodarczy upadek Polski dokonał się za czasów saskich. Pod panowaniem królów saskich (cytuję): „to co działo się w Warszawie zależne było od Drezna, a to co postanawiane było w Dreźnie, zależało od decyzji Sankt Petersburga” (koniec cytatu), czyli Rosji. Rzeczpospolita Obojga Narodów podporządkowana więc była obcym interesom, co w końcu doprowadziło do rozbiorów.

Jak wygląda sytuacja w chwili obecnej?
FKA pisze – Dzisiaj, prawie dwieście sześćdziesiąt lat później, sytuacja zmieniła się diametralnie na lepszą, nawet jeżeli sceptycznie podchodzimy do poczynań Rosji.

Polska jest krajem wolnym i suwerennym, jest pełnoprawnym członkiem NATO i Unii Europejskiej. Polska wspólnie z partnerami poszukuje rozwiązań dla wyzwań czasów współczesnych, a do nich należą aktualne decyzje i reakcje na ambicje Rosji.

Ta opinia trwała do października 2015 roku, do kiedy koalicjant Europejskiej Partii Ludowej (niemiecka CDU tworzy koalicję z PO i PSL w Parlamencie Europejskim) przegrał wybory parlamentarne i znalazł się w opozycji.

Zainteresowanie niemieckich mediów Polską stało się sprawą niemiecką.
„Polska po Francji jest naszym najważniejszym sąsiadem” „W Polsce zagrożona jest demokracja”- mówią w wiadomościach dla widzów ARD i ZDF.

Na początku grudnia w niemieckiej stacji telewizyjnej ARD pokazał się program w którym mowa
iż – Wkrótce Polacy mogą mieć duże trudności z oglądaniem krytycznych wywiadów. Od czasu objęcia władzy nowy rząd próbuje zmieść z drogi wszystko, co mogłoby przeciwstawić się jego dążeniu do władzy, zwłaszcza stawić się jego dążeniu do władzy, zwłaszcza Trybunał Konstytucyjny i media.

Teraz mści się bierność Europy, która nie uczyniła prawie nic w sprawie ograniczenia wolności różnorodności na Węgrzech. Zły przykład znajduje naśladowców. Griet von Petersdorff: „Tomasz Lis jest gwiazdą dziennikarstwa i redaktorem naczelnym polskiego wydania tygodnika „Newsweek”. Temat, który jest obecnie na topie: coraz silniejszy nacisk na Media. Tomasz Lis prowadzi od lat popularny program w państwowej telewizji TVP. Teraz program został zawieszony z powodów politycznych, jak sam sądzi. „No tak, już tak mocno nad tym nie ubolewam, i tak był bojkotowany przez partię rządzącą. Jeżeli ani prezydent ani minister ani szef partii nie chcą pojawić się jako goście w rozmowie, taki program traci swój sens.”- mówi Lis W kontakcie z rządem dziennikarze mogą stracić nerwy. Przytrafiło się to również Karolinie Lewickiej z TVP. Podczas wywiadu wzięła w obroty ministra kultury Piotra Glińskiego, ponieważ chciał zdjąć ze sceny przedstawienie teatralne.
„Co z wolnością sztuki?” – pytała – Czy autonomia artysty jest jeszcze dozwolona? Pozostała przy swoim i straciła miejsce w ramówce. Strzał ostrzegawczy. Teraz znowu może prowadzić program. Oto siedziba TVP. Nadchodzą zmiany, bo kto rządzi mediami, ten ma władzę. Do zadania wyznaczono Krzysztofa Czabańskiego, tutaj w turkusowej koszuli, posła PiS-u. Chce porozmawiać ze swoim partyjnym szefem Kaczyńskim, ale ten najpierw całuje dłonie i nie ma czasu. Nieważne, obaj są kumplami. W parlamencie wrzawa, o szacunek dla konstytucji upominają się liberałowie z opozycji, ale to właśnie z nimi Czabański ma rachunki do wyrównania. Kiedy rządzili, utracił stanowisko szefa państwowego radia. Teraz znów jest u władzy. Czy będzie się mścił? Na to się zanosi. Krzysztof Czabański – „Zapewniam państwa, odbierzemy kłamcom telewizję, radio. Niech nikt nie robi sobie złudzeń, nikt z tzw. mediów publicznych. Odbierzemy je wam.” Teraz dopiero można się przestraszyć, będąc dziennikarzem. Ale eksperci krytykują niezdrową od dawna sytuację między mediami a władzą.
Jest tak, że polska telewizja jest właściwie przedsiębiorstwem państwowym i dlatego każde nowe ministerstwo ma wpływ na jej program, kierownictwo i pracowników. A opozycja przymykała na to oko, to nie jest jakaś nowość, chociaż teraz sytuacja może stać się jeszcze gorsza.

Jeżeli ktoś myśli, że prywatne media będą miały spokój, być może się myli. Pojawiły się groźby tzw. repolonizacji. Na przykład duża część mediów drukowanych jest w rękach niemieckich wydawnictw, tutaj nieco złowieszczo przedstawionych jako pająk. Również właściciele „Newsweeka” są Niemcami i Szwajcarami. Tomasz Lis- „Jak miało by się to odbyć? To byłoby wywłaszczenie, to byłoby złamanie europejskiego prawa. Nie mam pojęcia”.

Obecnie wszystko wydaje się możliwe. Pojawia się mnóstwo gróźb, przede wszystkim w Internecie.
Wygląda, jakby zmiana rządu zachęciła niektórych do okazywania nienawiści. Życzą mi mówi Lis: „Żebyś zdechł na raka!” albo „Poślemy twoje zwłoki do Kaliningradu”. To nie dzieje się raz w miesiącu, tylko codziennie.

Tomasz Bielecki pracuje około tysiąc trzysta kilometrów dalej na zachodzie, w Brukseli, jako korespondent lewicowo-liberalnego dziennika „Gazeta Wyborcza”. Teraz koledzy wypytują go:
„Co takiego dzieje się w Polsce?” „Mam podobnie jak wcześniej mieli moi włoscy koledzy. Wciąż musieli odpowiadać na pytania o Berlusconiego. Teraz pytają mnie, co takiego zrobiła pani premier z flagami Unii w Sali konferencyjnej.

Ewa Kopacz – Oto jak było wcześniej: jedna flaga unijna, jedna polska, elegancko wymieszane. A teraz tylko biel i czerwień. Precz z niepożądanym. To przekaz, który niepokoi również Tomasza Lisa, chociaż jako maratończyk nauczył się wytrwałości. Tomasz Lis – To jest trudniejsze. Różnica z maratonem polega na tym, że tutaj nikt nie wie, jak długi będzie dystans. Maraton to przede wszystkim kwestia umysłu, planowanie, jak rozłożyć swoje siły. Ale tutaj nie wiemy, jak długo to potrwa. Rok? Cztery lata? Osiem lat? Jedyne, co jest ważne, to zachować spokój”.

Dlaczego Tomasz Lis tak nienawidzi prawicy?Na to pytanie próbowali odpowiedzieć autorzy książki pt. „Resortowe dzieci”.
Piszą- Być może wynika to z jego rodzinnych uwarunkowań i osobistych doświadczeń.
Tomasz Lis – syn prominentnego działacza PZPR-u, dyrektora Stacji Hodowli Zwierząt, jest
jak wynika z dokumentów IPN-u najbliższym krewnym jednego z tajnych współpracowników Wojskowej Służby Wewnętrznej. Tomasz Lis w latach 80, w ramach praktyk studenckich był w NRD na Uniwersytecie im. Karola Marksa w Lipsku. Tam u „przyjaciół” poznał tajniki dziennikarstwa i nauk politycznych.Tomasz Lis serwuje dziennikarstwo, które do złudzenia przypomina zamierzchłe czasy PRL. Nie dziwi więc „ugrzeczniony” wywiad Lisa przeprowadzony po katastrofie smoleńskiej z prezydentem Rosji Dimitrijem Miedwiediewem w jego podmoskiewskiej rezydencji.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Dobre nowiny

Szanowni Państwo!

   Są Święta Bożego Narodzenia, radujmy się odkładając waśnie na Święty Nigdy, zwłaszcza że są i polityczne powody do radości. Dobrze się dzieje, ale media głównego nurtu sterowane  przez Ministerstwo Prawdy spod okrągłego stołu, który znajduje się w Warszawie przy ul. Czerskiej, o tym Wam oczywiście nie powiedzą.

   Udało się odwrócić niekorzystne zapisy o emisji gazów. Uznano nasz postulat, żeby uwzględniać polskie dorodne lasy jako element oczyszczający atmosferę. W ten sposób nie musimy zamykać kopalń, dając pierwszeństwo Niemcom w wydobyciu węgla.

   O wizytach głowy państwa w takich pomniejszych krajach jak Chiny, czy Ukraina też można dowiedzieć się z różnych podziemnych źródeł, bo media głównego nurtu zajęte są sprawami ważniejszymi takimi, jak ta, czy prezydencki samochód był właściwie, czy niewłaściwie zaparkowany.

   Wygląda na to, że o kluczowych sprawach dotyczących nas wszystkich dowiadywać będziemy się tylko z niszowych publikacji, które za pierwszej komuny nazywano drugim obiegiem.

   Państwu i sobie życzę w nowym 2016 roku, żeby w telewizji publicznej funkcjonariuszy propagandy zastąpili wreszcie normalni dziennikarze.

Pozdrawiam i do następnej soboty

Małgorzata Todd

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Zmarł o. Jan Góra – dominikanin, duszpasterz akademicki i twórca Lednicy

W trakcie odprawiania Mszy Świętej o. Jan zasłabł. Podjęto reanimację. Przyczyną śmierci było ustanie akcji serca i obrzęk płuc.

Jan Wojciech Góra urodził się 8 lutego 1948 roku w Prudniku na Opolszczyźnie. Do Zakonu Kaznodziejskiego wstąpił w wieku 18 lat. W 1972 roku złożył zakonne śluby wieczyste, a 8 czerwca 1974 roku przyjął w Krakowie święcenia kapłańskie z rąk ówczesnego biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej, Juliana Groblickiego.

Zapytaliśmy ojca Jana kilka lat temu, co by robił, gdyby nie był zakonnikiem? Odpowiedział: „Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Tak utożsamiam się z tym, co robię, że nie widzę siebie w innym miejscu czy w innej roli. Wszedłem w to rękami, nogami, głową, sercem, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie: co ja bym robił, gdybym nie robił tego, co robię”.

Z 41 lat kapłaństwa prawie wszystkie spędził w Poznaniu. W latach 1974-1976 był katechetą w Tarnobrzegu, a już w 1977 roku został duszpasterzem młodzieży w Poznaniu, zaś 10 lat później – duszpasterzem akademickim. Był nim 35 lat.

W 1997 roku zaangażował się w dzieło swojego życia: nad Jeziorem Lednickim wybudował stalową bramę w kształcie ryby – znaku pierwszych chrześcijan. Zapraszał tam polską młodzież. Co roku w pierwszą sobotę czerwca przybywały pod bramę dziesiątki, a bywało, że i sto tysięcy osób z kraju i zagranicy. Od początku wspierał Go w tym Jan Paweł II, z którym się przyjaźnił.

„Czuję się żołnierzem, który ma do wykonania zadanie zlecone mu przez Jana Pawła II. Papież powiedział mi: »Jak ryba chwyciła haczyk, to ciągnij«. I ja nie mam innego wyjścia. Wszystko to, co zrobiłem, opiera się na zawierzeniu Panu Jezusowi” – mówił o Ruchu Lednickim.

We wszystkim, co robił, podnosił sobie wysoko poprzeczkę. I wymagał od innych. Zapytano Go kiedyś, jaki byłby Kościół, gdyby każdy duchowny był na miarę Jana Góry? „Byłby nie do zniesienia i nie do wytrzymania. Jeżeli mnie samemu ze sobą jest tak ciężko, to aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wszyscy byli tacy sami” – odparł.

Jaki będzie bez Niego?

Ojciec Jan Góra zmarł wczoraj nagle o godzinie 19:30 ukończywszy 67 lat.

źródło: http://dominikanie.pl/2015/12/zmarl-o-jan-gora-dominikanin-duszpasterz-akademicki-i-tworca-lednicy/

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Dorota Arciszewska-Mielewczyk-felieton

Przypominacie sobie państwo ile było medialnego śmiechu z prezesa Kaczyńskiego, gdy ten powiedział, iż w Szwecji istnieje 51 stref, gdzie praktycznie nie obowiązuje prawo tego kraju? Dziennikarze przed kamery zaciągnęli wystraszonego ambasadora Szwecji, który wszem i wobec oznajmił, że w jego ojczyźnie obowiązuje prawo szwedzkie. Co miał biedak powiedzieć? Śmiechom nie było końca. Lemingi miały obaw po same pachy.
Kilka dni temu na jednym z portali internetowych przeczytałam: „Przestępcze gangi kierowane przez rodziny arabskie zastraszają mieszkańców zachodniej części Berlina, ignorując niemieckie prawo i wprowadzając własne zasady postępowania (…) — napisano na łamach dziennika „Tagesspiegel”, opierając się na raporcie badacza islamu Mathiasa Rohego. – Wykorzystując „zamknięte struktury rodzinne oraz archaiczne rozumienie honoru”, gangi zastraszają ofiary przestępstw, świadków i całe społeczności lokalne, tworząc równoległy system wymiaru sprawiedliwości”. Z cytowanego raportu wynika również, że konsekwencje bezprawia ponoszą przede wszystkim kobiety. Małżeństwa zawierane są na zasadach islamskich, a w przypadku rozstania winę zawsze ponosi kobieta.

Co robi cały postępowy świat? Co zdobiły feministki, Komitety Obrony Demokracji i wszystkie te śmieszności, które nas zewsząd otaczają? Nic! Kompletnie nic! Bo – po pierwsze – to takie niepoprawne politycznie, by pouczać wyznawców Allaha jak mają żyć, a – po drugie – można dostać po zębach.
Ponieważ to wszystko wygląda obiecująco i na przyszłość rokuje jak najlepiej (piszę te słowa z dużym przekąsem) przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz po raz kolejny ostro skrytykował kraje UE odmawiające przyjęcia imigrantów. Przyjaciel wszystkich postępowych sił na świecie ostrzegł, że brak solidarności może mieć wpływ na podział środków finansowych w UE. Komunikat jest jasny i prosty: Jeżeli Polska nie przyjmie imigrantów, to Niemcy zakręcą nam kurek z pieniędzmi! Teraz mamy do wyboru, albo posłuchać p. Schulza, albo wyciągnąć wnioski ze słów szefa niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV) Hansa-Georga Maassena. Otóż Massena powiedział, iż w Niemczech żyje 430 islamskich ekstremistów, których uważa się za tak groźnych, iż mogą oni w każdej chwili popełnić ciężkie przestępstwa.

Były doradca Nicolasa Sarkozy’ego, Maxime Tandonnet, na łamach francuskiego dziennika „Le Figaro” powiedział: „Osiągnąłem już taki poziom obrzydzenia i odrazy, że najchętniej bym milczał. Ale sumienie mi na to nie pozwala. Ogromna fala imigrantów, głównie młodych mężczyzn, ucieka z Iraku i Syrii do Europy, pozostawiając za sobą garstkę kobiet, jazydek, które w ich miejscu walczą z Państwem Islamskim. Kobiety pozostają, a mężczyźni uciekają. A Europa wylewa nad tymi mężczyznami krokodyle łzy i szeroko otwiera im swoje drzwi. Jazydki i chrześcijanki są więzione przez Państwo Islamskie, publicznie gwałcone i torturowane, sprzedawane w niewolę. A gdzie są feministki? Gdzie obrońcy praw człowieka? Europa obnaża swoją obłudę tchórzostwo i ślepotę, do tego stopnia, że wywołuje to mdłości. To, że przyzwala na takie barbarzyństwo, to hańba absolutna! Polityka, chęć do działania, do podejmowania decyzji, zdechła w Brukseli już dawno jak stara opona. Zastąpił ją tani moralizm propagowany przez najgorszych”.

Oto jeden z nielicznych głosów rozsądku, który tonie w morzu poprawności politycznej. Kto nie będzie chciał przyłączyć się do zespołu politycznych samobójców, tego p. Schulz będzie straszył i upominał. My jednak powinniśmy iść własną drogą, wyciągać wnioski z doświadczeń innych i być nieustępliwi wobec nieuprawnionych nacisków ze strony szantażystów w krawatach.

źródło: https://www.facebook.com/arciszewskamielewczyk/posts/1728183770749444

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Komunistyczni kontrolerzy z Węgier

Skandalem jest, że spółka Altus Zrt., będąca własnością byłego premiera Węgier Ferenca Gyurcsánya, otrzymała z Komisji Europejskiej zamówienie dotyczące zbadania polskiej polityki rozwoju. Wartość audytu to ok. 400 tys. euro. Warto przypomnieć, że rząd Gyurcsánya został odsunięty od władzy, kiedy ujawniono węgierskie taśmy prawdy, z których Węgrzy dowiedzieli się, że „kłamaliśmy rano, w południe i wieczorem”. Jednym z dyrektorów w Altus Zrt. jest żona Gyurcsánya Klara, z domu Dobrev, rodziny powiązanej ze służbami komunistycznej Bułgarii. Podobne zamówienie spółka dostała na zbadanie węgierskich funduszy spójności. Węgierski rząd stanowczo sprzeciwił się decyzji UE, przypominając, że Ferenc Gyurcsány jest przewodniczącym partii Koalicja Demokratyczna, która nie zrezygnowała ze swoich postkomunistycznych idei i dąży do odzyskania władzy. Wyrażono obawę, że pieniądze mogą być wykorzystane na nielegalne dofinansowanie partii. W związku z protestami obiecano, że Altus Zrt. nie otrzyma więcej podobnych zleceń od KE. Mam nadzieję, że polski rząd równie stanowczo zaprotestuje przeciwko przyznaniu tej spółce unijnych pieniędzy.

Ryszard Kapuściński

źródło: http://www.klubygp.pl/komunistyczni-kontrolerzy-z-wegier/

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Niby kapitalizm

Tak jak niegdyś fałszywie używano słowa „demokracja” do opisywania sowieckiego totalitaryzmu, tak dziś nadużywa się słów „wolny rynek” i „wolna konkurencja” do opisywania ustroju gospodarczego, który z liberalnym kapitalizmem nie ma nic wspólnego. Procesy gospodarcze kontroluje się obecnie o wiele skuteczniej niż w czasach siermiężnego socjalizmu. Współczesne elity sprawujące realną władzę wykorzystują do tego nieporównanie bardziej wyrafinowane metody i zaawansowane technologie. Naszych rodziców i dziadków ujarzmiano strzałem w potylicę i przesłuchaniami w esbeckich katowniach. Nas zmusza się do uległości odcinając od możliwości podjęcia zatrudnienia i zdobywania środków do życia, pozostawiając banicję, jako alternatywę dla samobójstwa.

Trudna do zrozumienia groteskowość systemu komunistycznego polegała między innymi na tym, że na ogromnym, głodnym wszystkiego środkowoeuropejskim rynku nie udało się zorganizować silnej i stabilnej gospodarki. Niezaspokojony popyt — marzenie każdego normalnego przedsiębiorcy — nie miał żadnego biznesowego znaczenia w modelu gospodarczym, który w każdym detalu poddany był kontroli komunistycznej ideologii oraz partyjnej nomenklatury. Naturalne prawo popytu i podaży nie działało w czasach, gdy jedyną poprawną politycznie formą gospodarowania były tzw. jednostki gospodarki uspołecznionej. Choć dziś może to dziwić, pomimo ogromnego popytu brakowało wszystkiego — od mieszkań, po środki higieny osobistej… i to nie było śmieszne, bo bieda pozbawia godności, deprawuje i rodzi patologie.

Reglamentowanie deficytowych dóbr służyło przede wszystkim do ujarzmiania społeczeństwa, a także do pozyskiwania bezpieczniackiej agentury i jej współpracowników. W zamian za  pieniądze i resortowe przywileje funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, milicji obywatelskiej i ludowego wojska polskiego infiltrowali, donosili i rozbijali opozycję, niszcząc bez skrupułów życie dysydentów i ich rodzin. Mimo totalnej kontroli, nie udało się komunistom zapewnić życia w dostatku i szczęściu. Próby zbudowania ustroju opartego na fałszywych pryncypiach, kłamstwach i zbrodniach zakończyły się ostatecznie nędzą, hiperinflacją oraz zdeterminowanym oporem wzburzonego, zamkniętego w socjalistycznym obozie społeczeństwa.

Dwa dziesięciolecia na przełomie wieków były okresem względnej wolności gospodarczej, ponieważ dla konieczności zbudowania nowego państwa i gospodarki na ruinie PRL nie było alternatywy. Początki nie były łatwe, ponieważ w okresie komuny zniszczono lub zmuszono do emigracji tych wszystkich, którzy posiadali do tego odpowiednie kompetencje. Budowanie nowej rzeczywistości ustrojowej odbywało się na zasadach improwizacji — metodą prób i błędów, w politycznym chaosie oraz z niewielkim zaangażowaniem krajowego kapitału, bo tylko nieliczni posiadali tutaj jakieś większe pieniądze. Wspaniałomyślnie, jak się mogło wówczas wydawać, pomagały nam kraje zamożnego Zachodu oferując know-how, konsultantów, fundusze pomocowe, stypendia oraz kapitał inwestycyjny. Wspierając  nas w budowaniu demokracji i kapitalistycznej gospodarki instalowały jednocześnie przyczółki dla swojej kolonialnej ekspansji.

Ich partnerem, o dziwo, była przede wszystkim stara komunistyczna nomenklatura oraz dogadana  z nią przy Okrągłym Stole postsolidarnościowa opozycja, czyli te gremia polityczne, które nadal kontrolowały najważniejsze instytucje państwowe i gospodarkę, bez względu na to, która partia znajdowała się aktualnie przy władzy. W zamian za  kontrolę polityki personalnej tutejszych przedstawicielstw zachodnich koncernów oraz inne korzyści, postkomunistyczne elity gwarantowały zagranicznym partnerom ochronę ich interesów, dostęp do polskiego rynku, taniej siły roboczej oraz korzystne rozwiązania legislacyjne i decyzje administracyjne, umożliwiające kolonialną eksploatację na preferencyjnych warunkach zarówno naszych narodowych zasobów, jak i prywatnych kieszeni.  W ten sposób wykreowano klasę tutejszych kompradorów, która w perspektywie realnej zmiany ustroju państwa (nie pozorowanej, jak w roku 1989.) zaciekle broni swoich uprzywilejowanych pozycji, korzystając z propagandowego wsparcia mediów informacyjnych należących prawie w całości do zagranicznych — głównie niemieckich — koncernów.

Paradoksalnie, pomimo licznych hipermarketów, reglamentowanie dostępu do dóbr materialnych nadal pozostaje podstawowym narzędziem panowania nad polskim społeczeństwem i neutralizowania antysystemowej opozycji. Metody są jednak inne, niż te z okresu PRL. Dziś nie  ogranicza się dostępu do towarów w sklepach, ale do pracy i pieniędzy. Możliwe to jest dzięki pełnej, niejawnej kontroli funkcjonowania przedsiębiorstw, kontroli dostępu do rynków oraz kontroli dostępu do miejsc pracy w sektorze publicznym i prywatnym.

Z wyjątkiem niewielkich lokalnych warsztatów i sklepików, bez zgody tajnych służb nie rozwinie w Polsce działalności żaden znaczący przedsiębiorca, ponieważ odcięty zostanie od zamówień i zleceń, źródeł finansowania, licencji, wydrenowany będzie z know-how, a ponadto uwikłany w niekończące się postępowania skarbowe i administracyjne (jak choćby Roman Kluska i Optimus).  Nie otrzyma również szybkiej i skutecznej ochrony swoich interesów w postępowaniach  przed dyspozycyjnymi prokuraturami i sądami. Zagraniczne marki nie wejdą na polski rynek zanim nie ułożą się z tajnymi służbami, reprezentowanymi przez specjalnie powołane do pośredniczenia w takich sprawach spółki.

W departamentach polityki personalnej każdej większej firmy (działającej za zgodą służb) zatrudnieni są natomiast funkcjonariusze dysponujący możliwościami błyskawicznego prześwietlenia każdego życiorysu, podejmujący ostateczne decyzje o zatrudnieniu. Kompetencje kandydata do pracy nie mają większego znaczenia, ponieważ dobra praca jest tylko dla osób powiązanych z resortami bezpieczeństwa, ich rodzin i współpracowników, natomiast dla pozostałych — niewolniczy wyzysk i szklany sufit. Nadal obowiązuje stara resortowa zasada BMW — Bierny, Mierny, aby Wierny.

Mechanizmy kontroli rynku, przedsiębiorstw i rynku pracy działają dyskretnie i większość ludzi nie uświadamia sobie tych utajnionych procedur. Dostrzegają jedynie fragment rzeczywistości —  trudne do zrozumienia i pokonania bariery, które ograniczają ich szanse na rynku pracy, a w konsekwencji dostęp do wielu podstawowych dóbr materialnych, niezbędnych do ułożenia sobie godnego życia. Zderzając się w ojczystym kraju z barierą totalnej niemożności, nie analizują jej przyczyn, ale podejmują decyzję o opuszczeniu Polski — najpierw na jakiś czas, a później na stałe, bo nie mają do czego wracać. Emigrują najczęściej ludzie młodzi, niemający nic do stracenia,  którzy swoje szanse na pieniądze oraz zawodowy i osobisty rozwój oceniają tutaj prawie na zerowe. Miłość do ojczyzny staje się dla nich frazesem, skoro ojczyzna tej miłości nie odwzajemnia, a za jej okazywanie mogą zapłacić utratą środków do życia i perspektyw, ostracyzmem, biedą i społecznym wykluczeniem.

Niby-kapitalizm, który wyewoluował z socjalistycznej demokracji spowodował, że patriotyzm stał się domeną głównie emerytów, mających zapewnione jako takie utrzymanie; bezrobotnych na utrzymaniu swoich rodzin, żyjących nadzieją na zmiany; polityków oraz bezpieczniackiej agentury, zadaniowanej do kompromitowania i rozbijania autentycznych opozycyjnych środowisk. Patologiczny, pasożytniczy, niemający nic wspólnego z wolnym rynkiem i wolną konkurencją system gospodarczy pogłębia przepaść między nieliczną warstwą zamożnych kompradorskich elit i skazaną na zdeklasowanie resztą społeczeństwa. W dłuższej perspektywie zbankrutuje, tak jak zbankrutowała gospodarka epoki realnego socjalizmu.

Łukasz Rzetelski   |

Źródło: info.jawamedia.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Related Sites