Archive | Ogólnie

ŻYWIEC. Klub Gazety Polskiej wzywa MEN do usunięcia naruszenia prawa. Powołuje się na Konstytucję z 1935 roku

Klub Gazety Polskiej w Żywcu skierował oficjalne wezwanie do usunięcia naruszenia prawa oraz petycję do Minister Edukacji Narodowej, Barbary Nowackiej. Pismo, datowane na 14 lipca 2026 roku, zawiera kategoryczny protest przeciwko nowym przepisom regulującym organizację nauki religii w szkołach i przedszkolach publicznych. Autorzy dokumentu domagają się natychmiastowego uchylenia rządowego rozporządzenia, opierając swoją argumentację na zaskakujących podstawach prawnych – przedwojennej Konstytucji kwietniowej.

Spór dotyczy rozporządzenia Ministra Edukacji z dnia 17 stycznia 2025 roku (Dz.U. z 2025 r. poz. 66), które zmieniło warunki sposobu organizowania nauki religii. Według sygnatariuszy petycji, nowe przepisy drastycznie ograniczają wymiar lekcji religii do jednej godziny tygodniowo, wprowadzają mechaniczne łączenie klas i spychają ten przedmiot na margines planu lekcji. Ich zdaniem działania resortu pod wodzą Barbary Nowackiej mają charakter „autokratyczny” i zostały podjęte jednostronnie, bez wymaganego prawem konsensusu ze Stolicą Apostolską oraz Episkopatem Polski.

Powrót do przedwojennego legalizmu

Najbardziej unikalnym elementem wystąpienia żywieckiego Klubu Gazety Polskiej jest jego podstawa prawna. Choć samo prawo do złożenia petycji autorzy opierają na art. 63 współczesnej Konstytucji RP, to w merytorycznym uzasadnieniu odwołują się do przepisów Ustawy Konstytucyjnej Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 23 kwietnia 1935 roku (tzw. Konstytucji kwietniowej).

W tekście petycji sformułowano doktrynalną tezę, że powojenna konstytucja stalinowska z 1952 roku (PRL) była aktem przemocy i totalitarnego nadania, przez co nie wywołała żadnych skutków prawnych. Autorzy stoją na stanowisku, że ciągłość prawna przedwojennego legalizmu II RP nigdy nie została skutecznie przerwana przez suwerenny Naród Polski. W konsekwencji uważają, że zawarte w przedwojennym systemie normy wyznaniowe wciąż posiadają najwyższą moc prawną i stoją ponad decyzjami współczesnych ministrów.

Na jakie artykuły powołują się autorzy?

W przesłanym do Warszawy piśmie autorzy cytują dwa kluczowe artykuły wyznaniowe z 1935 roku, które ich zdaniem zostały rażąco złamane przez obecny rząd:

Art. 114 Konstytucji: Przepis ten jednoznacznie stanowi, że „Wyznanie rzymsko-katolickie, będące religią przeważającej większości narodu, zajmuje w Państwie naczelne stanowisko wśród równouprawnionych wyznań”. Gwarantuje on również Kościołowi prawo do rządzenia się własnymi prawami. Zdaniem autorów petycji, redukcja godzin i łączenie klas bezpośrednio uderza w to „naczelne stanowisko” i łamie autonomię Kościoła.

Art. 120 Konstytucji: Artykuł ten nakłada na państwo bezwzględny obowiązek edukacyjny. Głosi on, że: „W każdym zakładzie naukowym, którego program obejmuje kształcenie młodzieży poniżej lat 18 (…) jest nauka religii dla wszystkich uczniów obowiązkowa”. Klub Gazety Polskiej argumentuje, że ministerialne zmiany zmierzają wprost do marginalizacji tego przedmiotu i tworzą bariery logistyczne, co uniemożliwia realizację tego konstytucyjnego nakazu.

Presja na lokalne władze miejskie i powiatowe

Przeniesienie sporu na poziom lokalny to celowy zabieg autorów petycji. Przypominają oni, że przywołany art. 120 przedwojennej konstytucji nakładał obowiązek zapewnienia nauki religii nie tylko na państwo, ale również na „ciała samorządowe”.

Ponieważ to właśnie Starostwo Powiatowe w Żywcu oraz Urząd Miejski w Żywcu są organami prowadzącymi dla lokalnych szkół (odpowiednio ponadpodstawowych i podstawowych), działacze oczekują od lokalnych radnych i włodarzy jednoznacznego stanowiska oraz ochrony dotychczasowego statusu lekcji religii w podległych im placówkach. Pod oficjalnym pismem podpisał się Rafał Dudziak, Przewodniczący Klubu Gazety Polskiej w Żywcu.

Odpisy wezwania trafiły równolegle do Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski (z wnioskiem o podjęcie stosownych kroków w relacjach Państwo-Kościół) oraz do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. RPO ma zbadać legalność ministerialnego aktu oraz ocenić, czy nowe przepisy nie naruszają wolności sumienia i wyznania obywateli. Na ten moment Ministerstwo Edukacji Narodowej ani lokalne władze samorządowe w Żywcu nie odniosły się jeszcze oficjalnie do treści otrzymanych petycji.

Zdjęcie: Wikipedia

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Mniej znaczy więcej. Czy Sejm potrzebuje kuracji odchudzającej?

Liczba 460 posłów zapisana w polskiej Konstytucji to dla jednych gwarancja reprezentatywności, dla innych – synonim politycznego rozpasania i niskiej jakości stanowionego prawa. W debacie publicznej regularnie powraca postulat drastycznego zmniejszenia składu izby niższej parlamentu. Głosy mówiące o redukcji liczby mandatów do 208 czy 230 zyskują poparcie społeczne, obiecując oszczędności, wyższą efektywność oraz koniec ery anonimowych „maszynek do głosowania”.

Mit wielkości czy potrzeba reformy?

Zwolennicy pozostawienia 460 posłów argumentują, że obecna liczba precyzyjnie odzwierciedla strukturę demograficzną kraju i zapewnia każdemu regionowi odpowiedni głos w stolicy. Przeciwnicy punktują jednak wprost: ogromny parlament sprzyja tzw. selekcji negatywnej.

  • Anonimowość posłów: W tłumie kilkuset parlamentarzystów łatwo ukryć brak kompetencji i zaangażowania.
  • Koszty utrzymania: Pensje, biura poselskie, hotele, odprawy i podróże generują miliony złotych obciążenia dla budżetu państwa.
  • Rozmyta odpowiedzialność: Dyscyplina partyjna sprawia, że Sejm często zmienia się w bezrefleksyjną machinę realizującą wolę liderów politycznych.

Redukcja parlamentu do około 200 miejsc wymusiłaby na partiach politycznych wystawianie wyłącznie najlepiej przygotowanych, merytorycznych liderów. Mandat zyskałby na prestiżu, a proces legislacyjny stałby się bardziej przejrzysty.

Historyczny precedens: Lekcja z 1935 roku

Warto pamiętać, że pomysł odchudzenia parlamentu nie jest współczesnym wymysłem, lecz rozwiązaniem, które funkcjonowało już w polskiej rzeczywistości ustrojowej. Konstytucja kwietniowa z 1935 roku dokonała dokładnie takiej reformy, jaką postuluje dziś wielu krytyków obecnego systemu.

Na mocy tamtej ustawy zasadniczej oraz nowej ordynacji wyborczej, liczba posłów została drastycznie zmniejszona z 444 do dokładnie 208. Ówcześni reformatorzy z obozu sanacyjnego motywowali tę decyzję potrzebą podniesienia jakości i powagi izby. Chciano zerwać z „partyjniactwem” oraz chaosem legislacyjnym charakteryzującym wcześniejsze lata.

Choć tamta zmiana szła w parze z autorytarnym ograniczeniem roli parlamentu na rzecz prezydenta, sam mechanizm liczbowy pokazał, że państwo o zbliżonej populacji może być zarządzane przez izbę o połowę mniejszą niż obecna. Różnica była kolosalna – przed reformą jeden poseł reprezentował około 68 tysięcy obywateli, a po niej aż 160 tysięcy. Pokazuje to, że powrót do liczby około 200 posłów ma w Polsce silne uzasadnienie historyczne.

Instynkt samozachowawczy Wiejskiej

Czy współczesna klasa polityczna mogłaby dobrowolnie powrócić do standardów przedwojennych i przegłosować taką zmianę? Szanse na to w standardowym trybie parlamentarnym są bliskie zeru.

Zmniejszenie liczby posłów o ponad połowę oznacza automatyczną likwidację ponad 200 intratnych stanowisk. Dla aparatów partyjnych mniejsza liczba miejsc na listach wyborczych to gwarancja wewnętrznych wojen, utraty wpływów oraz buntu zaplecza politycznego.

Reforma wymaga zmiany art. 96 ust. 1 Konstytucji RP. Do tego niezbędna jest większość 2/3 głosów w Sejmie, co przy obecnym spolaryzowaniu sceny politycznej i braku woli samoredukcji blokuje jakiekolwiek oddolne inicjatywy poselskie. Jedyną realną drogą do wymuszenia zmian pozostaje silna presja społeczna, np. poprzez wiążące referendum obywatelskie.

Nowa architektura sceny politycznej

Interesujący kontekst do dyskusji nad jakością polityki wnoszą słowa posła Marka Jakubiaka, który w mediach społecznościowych zauważył, że prawica nie jest monolitem, lecz zbiorem wielu podmiotów. Ta diagnoza – choć odnosi się bezpośrednio do pluralizmu po prawej stronie – dotyka głębszego mechanizmu rynkowego w polityce.

Monopole wielkich partii rzadko dbają o standardy merytoryczne. Gdy scena polityczna zaczyna być postrzegana jako konfederacja mniejszych, wyspecjalizowanych środowisk, to zamiast ślepej lojalności wobec jednego lidera zaczyna liczyć się konkurencyjność programowa.

Rozbicie wielkich bloków na mniejsze podmioty wymusza wewnętrzną presję na jakość kadr. W mniejszych ugrupowaniach każdy parlamentarzysta musi być ekspertem w swojej dziedzinie, by partia była w ogóle zauważalna. Potwierdza to tezę, że ewolucja systemu w kierunku mniejszych, ale bardziej wyrazistych i profesjonalnych formacji idzie w parze z postulatem odchudzenia samego parlamentu.

Droga do profesjonalnego parlamentu

Reforma ilościowa Sejmu nie rozwiąże wszystkich problemów polskiej demokracji, ale stanowi fundament pod zmianę jakościową.

Redukcja mandatów: Likwidacja anonimowości, wyższa odpowiedzialność karna i polityczna

Kompaktowe kluby: Koniec z dyscypliną ślepych głosowań Konieczność merytorycznej debaty i kompromisów

Przesunięcie środków: Profesjonalizacja zaplecza, więcej niezależnych ekspertyz i lepsze prawo

Zamiast finansować armię partyjnych etatowców, zaoszczędzone miliony mogłyby posłużyć na stworzenie profesjonalnych biur analiz, dzięki którym stanowione prawo przestałoby być pisane „na kolanie”. Dopóki jednak wyborcy nie zaczną rozliczać polityków z jakości ich pracy, a nie z obecności na plakatach, Sejm przy ulicy Wiejskiej pozostanie drogim i mało efektywnym molochem.

Podpisz petycję:

https://www.petycjeonline.com/petycja_w_sprawie_restytucji_porzdku_konstytucyjnego_rzeczypospolitej_polskiej_konstytucji_z_dnia_23_kwietnia_1935_r?utm_source=web_share

Zdjęcie: Fakt.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Stare sejmowe kroniki obnażają brutalną prawdę o dzisiejszej polityce. Straciliśmy bezpiecznik, który chronił nas przed bezdusznością państwa

Zmieniają się ustroje i rządy, ale jedno pozostaje niezmienne: bezduszność urzędów. Dlaczego współcześni posłowie wolą wojnę w blasku fleszy od realnej pomocy na prowincji?

Zmieniają się ustroje, przemijają rządy i ewoluuje prawo, ale jedno w polskim życiu publicznym pozostaje niezmienne: głęboka nieufność obywatela do państwowej machiny. Ponad osiemdziesiąt lat temu na sejmowej mównicy toczył się spór o to, czy poseł ma prawo mieszać się w sprawy urzędów skarbowych i starostw, by bronić skrzywdzonego człowieka. Choć dziś instrumenty prawne są bez porównania potężniejsze, z perspektywy szarego obywatela idea posła-mediatora wydaje się odchodzić w zapomnienie, ustępując miejsca bezwzględnej wojnie partyjnych plemion.

Lekcja historii: Poseł jako bezpiecznik systemu

Analizując historyczne debaty parlamentarne, uderza niezwykle trafna diagnoza natury państwa, jaką stawiali ówcześni politycy. Wskazywano wprost, że to nie wrogie ideologie czy spiski opozycji generują największe rewolucyjne wrzenie, ale… bezduszność samej administracji. Urzędnik, który nie przyjął petenta, błędy w naliczaniu podatków, opieszałość i arogancja władzy „na dole” – to tam rodziło się i nadal rodzi najsilniejsze niezadowolenie społeczne.

W tym układzie poseł miał pełnić funkcję unikalnego bezpiecznika. Wybrany w regionalnym okręgu, musiał wracać do swojego powiatu i osobiście wysłuchiwać gorzkich żalów. Była to – jak pisano – „rola mocno niewdzięczna”, wymagająca wzięcia na własne karki odpowiedzialności za grzechy całego aparatu państwowego. Misją parlamentarzysty było „wyrównywanie różnic” i przywracanie harmonii między obywatelem a Rządem. Co ciekawe, działo się to w czasach, gdy regulaminy sejmowe oficjalnie zakazywały tzw. interwencji, obawiając się – słusznie zresztą – politycznych nacisków i terroryzowania lokalnych naczelników.

Współczesność: Potężna broń w rękach partii

Z perspektywy XXI wieku mogłoby się wydawać, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Współcześni posłowie i senatorowie dostali do rąk potężną broń, o jakiej ich przedwojenni koledzy mogli tylko pomarzyć. Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora w art. 20 sankcjonuje tzw. interwencję poselską. Dziś parlamentarzysta ma ustawowe prawo wejść do każdego urzędu, sądu, szpitala czy spółki skarbu państwa, żądać wglądu w dokumenty i oczekiwać natychmiastowych wyjaśnień. Każdy poseł ma też obowiązek prowadzenia biura w swoim regionie, które powinno być otwartą bungalową dla problemów mieszkańców.

Jak ta teoria ma się do praktyki? Niestety, potężny mechanizm, który miał służyć bezstronnej obronie obywatela, został niemal całkowicie pożarty przez system ściśle partyjny.

Dzisiejsza interwencja poselska rzadko bywa neutralnym aktem sprawiedliwości społecznej. Stała się raczej narzędziem wojennej taktyki. Jeśli obywatel zostaje skrzywdzony przez instytucję kontrolowaną przez partię rządzącą, posłowie opozycji ruszają na miejsce w błysku fleszy i przed kamerami smartfonów. Cel jest jasny: uderzyć wizerunkowo w przeciwnika. Z kolei parlamentarzyści opcji rządzącej w takich sytuacjach nierzadko nabierają wody w usta, by nie szkodzić własnemu obozowi politycznemu. Obywatel i jego realny problem stają się jedynie tłem dla politycznego teatru.

Ucieczka z terenu w bezpieczny świat algorytmów

Największa zmiana dokonała się jednak w samym charakterze kontaktu na linii poseł-wyborca. Dawny parlamentarzysta musiał wyjechać „w teren”, stanąć twarzą w twarz z tłumem na wiejskim czy miejskim zgromadzeniu i przyjąć krytykę bez tarczy ochronnej.

Współczesny marketing polityczny skutecznie odciął posłów od tego ryzyka. Bezpośrednie, trudne debaty z przypadkowymi, często wściekłymi obywatelami zastąpiono bezpiecznymi, ściśle moderowanymi spotkaniami dla sprawdzonych zwolenników. Cała reszta aktywności przeniosła się do mediów społecznościowych. Tam, za parawanem algorytmów, łatwiej jest publikować starannie wyreżyserowane spoty, niż mierzyć się z rzeczywistymi pretensjami ludzi, którzy ucierpieli przez złą decyzję lokalnego urzędu skarbowego.

Powrót do korzeni?

Czy współcześni parlamentarzyści wypełniają zatem wymogi stawiane przed nimi przez tradycję polskiego parlamentaryzmu? Pod względem formalnym – tak. Biura działają, pisma są wysyłane, interwencje się odbywają. Pod względem moralnym i esencjonalnym – coraz rzadziej.

Prawdziwa misja poselska, polegająca na budowaniu pomostu między człowiekiem a państwem, wymaga porzucenia na chwilę partyjnych barw i spojrzenia na administrację jak na narzędzie, które ma służyć ludziom, a nie partii. Dopóki interwencja poselska będzie kojarzyć się głównie z konferencją prasową pod drzwiami ministerstwa, a nie z cichą, skuteczną pomocą dla mieszkańca małego powiatu, dopóty polski parlamentaryzm będzie zmagał się z kryzysem autentyczności. Warto czasem cofnąć się do starych sejmowych kronik, by przypomnieć sobie, po co w ogóle wysyłamy ludzi na Wiejską.

Zdjęcie: sejm.gov.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Skradziony legalizm. Dlaczego III RP boi się Konstytucji z 1935 roku?

Większość Polaków żyje w głębokim przekonaniu, że porządek prawny, w którym funkcjonujemy od 1997 roku, jest krystalicznie czysty i niepodważalny. Jednak w samym sercu polskiej architektury ustrojowej zieje potężna, historyczna luka prawna. Chodzi o Ustawę Zasadniczą z 23 kwietnia 1935 roku, potocznie zwaną konstytucją kwietniową. Okazuje się, że dokument, który uratował instytucjonalną niepodległość Polski w czasie II wojny światowej, nigdy nie został prawomocnie i skutecznie uchylony. Dlaczego oficjalna doktryna woli udawać, że temat nie istnieje?

Kapitulacja prawa przed siłą

Gdy zapytamy współczesnych konstytucjonalistów o losy aktu z 1935 roku, usłyszymy gładką, urzędową formułkę: desuetudo. Oznacza to wygaszenie prawa poprzez jego długotrwałe niestosowanie i zmianę realiów politycznych. Na falach krajowych rozgłośni radiowych autorytety prawnicze powtarzają, że „tak ułożyła się praktyka polityczna i należy się z tym pogodzić”.

Tyle że z perspektywy czystej logiki i rygorystycznego legalizmu, teoria o desuetudo w prawie konstytucyjnym to zwykły mit. Jak twardo wskazują wybitni badacze tematu, tacy jak prof. Grzegorz Górski czy prof. Dariusz Dudek, instytucji tej nie wolno przenosić na grunt ustawy zasadniczej. Konstytucja to nie zwykły obyczaj handlowy, który można porzucić.

Co ważniejsze, legalne Władze RP na Uchodźstwie w Londynie stosowały konstytucję kwietniową nieprzerwanie aż do grudnia 1990 roku. To na jej podstawie powoływano prezydentów i rządy wolnej Polski, uznawane przez dekady przez wolny świat. Gdzie tu zatem mowa o „niestosowaniu”?

Zasłanianie się „praktyką polityczną” to w rzeczywistości niebezpieczny relikt myślenia z okresu PRL. To kalka stalinowskiej tezy o „rewolucyjnej woli ludu”, która rzekomo unieważniła przedwojenny porządek prawny w momencie wkroczenia Armii Czerwonej. Przyjęcie logiki, że przemoc i zatajenie prawdy przez reżim totalitarny z lat 1944–1989 doprowadziły do legalnego wygaszenia prawa, prowadzi do przerażającego wniosku: że w Polsce źródłem prawa może być brutalna siła obcego mocarstwa.

Strach przed wielkim rozliczeniem

Dlaczego elity III RP tak panicznie boją się literalnego spojrzenia na ten spór? Odpowiedź kryje się w braku odwagi do przeprowadzenia pełnej, moralnej i prawnej dekomunizacji państwa. Gdyby w latach 90. uznano twardą ciągłość z 1935 rokiem, narzucony przez Stalina system z lat 1944–1989 musiałby zostać uznany za stuprocentowe, jawne bezprawie. Konsekwencją byłoby natychmiastowe pociągnięcie do odpowiedzialności karnej komunistycznych dygnitarzy oraz konieczność pełnej restytucji skradzionych majątków.

Postkomuniści i architekci „grubej kreski” przez lata używali strachu jako broni politycznej. Straszyli rolników, że „odbierze się im ziemię z reformy rolnej”, a lekarzy czy inżynierów – że „unieważni się ich dyplomy”.

Kłamstwo tej narracji obnaża historia polskiego parlamentaryzmu. Już w 1998 roku w projekcie uchwały Senatu RP, pilotowanym m.in. przez senatora Stefana Konarskiego, przedstawiono genialne rozwiązanie tego dylematu. Senatorowie wprost wskazali, że państwo komunistyczne było strukturą totalitarną i pozbawioną suwerenności, a jego akty nie zastąpiły legalnej konstytucji kwietniowej. Jednocześnie zaproponowano precyzyjny bezpiecznik: pełną ochronę tzw. praw słusznie nabytych obywateli (dyplomów, aktów stanu cywilnego, małych gospodarstw rolnych) przy jednoczesnym bezwzględnym unieważnieniu aktów niesłusznego bezprawia (represyjnych wyroków, kradzieży kamienic i fabryk).

Efektywność zamiast paraliżu

Spór o rok 1935 to nie tylko dyskusja o przeszłości i moralności. To także pytanie o sprawność dzisiejszego państwa. Konstytucja z 1997 roku stworzyła system dwugłowej władzy wykonawczej, skazując nas na nieustanne, wyniszczające kryzysy na linii prezydent-premier.

Tymczasem model kwietniowy stawiał na silną, jednolitą władzę wykonawczą, zdolną do błyskawicznego podejmowania decyzji w warunkach kryzysu. Zawierał także unikalne rozwiązania, które mogłyby uzdrowić dzisiejszą scenę polityczną – jak choćby swobodne kształtowanie normy reprezentacji narodu. Przypomnijmy, że przed wojną, przy zbliżonej liczbie województw, Polskę reprezentowało zaledwie 208 posłów, a nie 460, jak ma to miejsce dzisiaj. Redukcja tej liczby o połowę nie tylko przyniosłaby gigantyczne oszczędności, ale przede wszystkim wymusiłaby profesjonalizację elit politycznych.

Suweren zabiera głos

Oficjalne elity prawnicze twierdzą, że powrót do tamtych korzeni jest technicznie i fizycznie niemożliwy, ponieważ dawne instytucje już nie istnieją. To unikanie odpowiedzialności. Państwo to żywy organizm, a suweren – czyli Naród – ma pełne prawo za pomocą nowej ustawy konstytucyjnej naprawić przerwaną nić legalizmu i wplatać trafne, przedwojenne wzorce we współczesną rzeczywistość.

Jeśli uważasz, że praworządność powinna być wyrażana literalnie, a nie ogólnikowo; jeśli masz dość tolerowania struktur wyrosłych z komunistycznego nadania – czas zacząć działać. Ruszyła właśnie zbiórka podpisów pod petycją obywatelską do Marszałka Sejmu w sprawie przywrócenia ciągłości prawnej II RP i rozliczenia ustrojowego bezprawia. W przypadku petycji nie ograniczają nas żadne minimalne progi 100 tysięcy podpisów. Każdy głos buduje nacisk, którego parlament nie będzie mógł zignorować.

Przemoc i czas nie mogą legitymizować kradzieży państwa. Przywróćmy Polsce skradzioną tożsamość prawną.Podpisz petycję pod adresem:  

Podpisz petycję

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Formalizm zamiast debaty. Rada Miejska w Żywcu nie zajmie się wnioskiem o odebranie medalu byłemu wiceministrowi PRL

Przewodniczący Rady Miejskiej w Żywcu odmówił nadania biegu wnioskowi Klubu Gazety Polskiej w Żywcu dotyczącym odebrania Medalu za Zasługi dla Miasta Żywca Andrzejowi Gduli, byłemu wiceministrowi spraw wewnętrznych PRL i zastępcy gen. Czesława Kiszczaka. Powodem nie była jednak merytoryczna ocena przedstawionych argumentów, lecz – jak wynika z odpowiedzi – kwestie formalno-prawne.

W przesłanym piśmie przewodniczący wskazuje, że obowiązujące przepisy nie przewidują procedury odebrania miejskiego odznaczenia ani przeprowadzenia analizy, o którą wnioskowali autorzy pisma. Powołuje się przy tym na art. 7 Konstytucji RP, zgodnie z którym organy władzy publicznej działają wyłącznie na podstawie i w granicach prawa.

Odpowiedź zawiera również szereg uwag formalnych dotyczących samego wniosku. Wskazano m.in., że do pisma nie dołączono oryginalnych podpisów osób wymienionych jako popierające inicjatywę, lecz jedynie ich nieuwierzytelnione kopie. Zdaniem przewodniczącego zabrakło również pełnomocnictw do reprezentowania tych osób oraz dokumentów potwierdzających umocowanie autora pisma do reprezentowania Klubu Gazety Polskiej w Żywcu. Z tych powodów sprawę potraktowano jako osobistą inicjatywę autora.

Tym samym Rada Miejska nie odniosła się do zasadniczego pytania postawionego przez wnioskodawców: czy osoba pełniąca jedną z najwyższych funkcji w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych PRL powinna być honorowana przez wolne, demokratyczne państwo i jego samorządy.

Dla wielu środowisk niepodległościowych problem ten ma wymiar nie tylko historyczny, lecz także moralny. W ich ocenie osoby sprawujące kierownicze funkcje w aparacie państwa komunistycznego ponoszą odpowiedzialność za funkcjonowanie systemu, który ograniczał prawa obywatelskie i zwalczał opozycję. Z tego punktu widzenia utrzymywanie miejskich wyróżnień dla byłych wysokich funkcjonariuszy PRL budzi sprzeciw i wymaga publicznej debaty.

Nie oznacza to jednak końca tej sprawy. Klub Gazety Polskiej w Żywcu zapowiada ponowne złożenie wniosku, uzupełnionego o argumentację prawną i formalną. Zdaniem członków Klubu kwestia honorowania osób zajmujących wysokie stanowiska w aparacie władzy PRL zasługuje na publiczną debatę i jednoznaczne stanowisko samorządu.

Napisano wOgólnieKomentarzy (1)

Działania edukacyjno-informacyjne w Pszczynie poświęcone Konstytucji Kwietniowej

W ubiegłą sobotę członkowie Żywieckiego Klubu Gazety Polskiej przeprowadzili w Pszczynie kolejne działania edukacyjno-informacyjne poświęcone Konstytucji Kwietniowej z 1935 roku. Wydarzenie odbyło się w jednym z najpiękniejszych miast Górnego Śląska, znanym z wyjątkowego zespołu pałacowo-parkowego oraz bogatego dziedzictwa historycznego.

Podczas spotkania uczestnicy prowadzili rozmowy z mieszkańcami Pszczyny oraz osobami odwiedzającymi miasto, przybliżając znaczenie Konstytucji Kwietniowej. Dyskusje dotyczyły zarówno historycznych uwarunkowań jej uchwalenia, jak i współczesnych ocen tego aktu prawnego. Zbierano również opinie na temat możliwości jej przywrócenia.

Ważnym elementem wydarzenia była popularyzacja wiedzy historycznej. Uczestnicy mogli zapoznać się z przygotowaną ekspozycją książek poświęconych historii Polski, a także odznakami o tematyce związanej z Narodowymi Siłami Zbrojnymi, które można było otrzymać w zamian za dobrowolne datki wspierające dalsze działania edukacyjne.

Przeprowadzone rozmowy pokazały, że zagadnienia związane z historią Polski, tradycją konstytucyjną oraz dziedzictwem niepodległościowym nadal budzą zainteresowanie społeczne i skłaniają do refleksji nad współczesnym kształtem państwa. Organizatorzy podkreślają, że szczególnie cenna była otwartość uczestników na merytoryczną dyskusję oraz gotowość do pogłębiania wiedzy historycznej.

Działania w Pszczynie były kolejnym etapem realizowanego przez członków Żywieckiego Klubu Gazety Polskiej cyklu inicjatyw edukacyjnych, których celem jest przypominanie ważnych wydarzeń i dokumentów z historii Polski oraz zachęcanie do świadomego uczestnictwa w debacie publicznej dotyczącej polskiej państwowości i tradycji ustrojowej.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Oczko

Czy puszczam do Państwa „oczko”? Pewnie tak, bo trzy razy siedem, to dwadzieścia jeden, czyli oczko właśnie, inaczej: wygrana. Hazard jest mi obcy, więc nie będę dalej ciągnęła tego wątku. Ale może czas na czwarty tomik felietonów zakończony tym właśnie numerem 777? Co wydrukowane, tego nie da się skasować jednym kliknięciem.


O czym tu by pisać, nie popadając w skrajny pesymizm? Trudno bowiem nie zauważyć, że Unia Europejska konsekwentnie i ciężko pracuje nad tym, żeby lekarze niszczyli zdrowie, prawnicy prawo, uniwersytety wiedzę, prasa informację, a banki ekonomię.


Jedynie „Prawdziwy Europejczyk polskiego pochodzenia” nie musi się martwić, bo ma zaprzyjaźnionego lekarza, sędziego, rektora i redaktora, a dotacje należą mu się z przynależności i racji samego istnienia.


Na marginesie, warto wspomnieć, że z informacją bywa różnie, bo to zależy od tego, z jakiego źródła i kto te „wiadomości” czerpie. Mimo to, należy odnotować niewątpliwy sukces obecnej władzy, jeśli chodzi o wmówienie pewnego przekonania.

Większość Polaków zdaje się wierzyć, że Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina istniał zawsze. Nawet udało się na to nabrać Sztuczną Inteligencję. Robi ona filmy o przedwojennej Warszawie z PKiN w tle. Sztuczna inteligencja tworzy więc sztuczną historię, podobnie jak niektórzy historycy, a bardziej politycy.

Autor: Małgorzata Todd

Źródło: https://mtodd.pl/

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Elita samorządowa Krakowa II Rzeczypospolitej – poziom moralny i umysłowy władz miasta na tle współczesności

W historii Krakowa okres międzywojenny wyróżnia się nie tylko dynamicznym rozwojem miasta, lecz także wyjątkową jakością jego elit samorządowych. Prezydenci Krakowa i komisarze rządowi sprawujący władzę w latach 1918–1939 reprezentowali pokolenie ludzi o wysokich kwalifikacjach zawodowych, rozległym wykształceniu oraz silnym poczuciu odpowiedzialności za dobro wspólne. Byli to przedstawiciele środowisk akademickich, lekarskich, technicznych i administracyjnych, których życiorysy stanowią świadectwo wysokiego poziomu intelektualnego i etycznego ówczesnej klasy publicznej.

Intelektualne fundamenty krakowskiego samorządu

Szczególnie interesującą postacią był Jan Kanty Federowicz. Jego edukacja obejmowała studia handlowe w Pradze oraz praktyki zawodowe w ważnych ośrodkach gospodarczych Europy Zachodniej. Reprezentował typ samorządowca, który rozumiał zarówno mechanizmy ekonomiczne, jak i społeczne konsekwencje decyzji administracyjnych. Był człowiekiem dialogu, zdolnym do łagodzenia sporów politycznych w czasach, gdy napięcia ideologiczne były wyjątkowo silne.

Karol Rolle wniósł do magistratu umysł inżyniera i pedagoga. Jako absolwent Politechniki Lwowskiej reprezentował tradycję technokratycznego zarządzania, opartą na wiedzy, organizacji i racjonalnym planowaniu. Jednocześnie nie ograniczał się do spraw administracyjnych – interesował się historią, kulturą i edukacją, co wskazuje na szerokie horyzonty intelektualne wykraczające poza jego specjalizację zawodową.

Najbardziej wszechstronnym pod względem wykształcenia wydaje się Mieczysław Kaplicki. Lekarz, doktor medycyny, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz uczelni wiedeńskich, łączył wiedzę humanistyczną z naukowym sposobem myślenia. W zarządzaniu miastem wykazywał zdolności analityczne i strategiczne, a jego polityka finansowa opierała się na długofalowym planowaniu i rygorystycznej kontroli wydatków.

Także komisarze rządowi – Witold Ostrowski i Bolesław Czuchajowski – reprezentowali wysoki poziom przygotowania zawodowego. Jako prawnicy i doświadczeni urzędnicy państwowi posiadali gruntowną znajomość mechanizmów funkcjonowania administracji oraz procedur prawnych, co miało szczególne znaczenie w okresach politycznej niestabilności.

Moralny wymiar służby publicznej

Jeszcze bardziej interesujący jest aspekt moralny działalności tych ludzi. Wspólną cechą niemal wszystkich prezydentów Krakowa okresu międzywojennego było traktowanie funkcji publicznej jako służby, a nie jako narzędzia budowania kariery politycznej.

Federowicz zdobywał autorytet dzięki uczciwości, umiarkowaniu i zdolności do szukania kompromisu. Szacunek przeciwników politycznych był w jego przypadku konsekwencją osobistej wiarygodności.

Rolle wyróżniał się społecznym zaangażowaniem i empatią. Jeszcze przed objęciem urzędu angażował się w pomoc inwalidom wojennym oraz sierotom, co świadczyło o autentycznej wrażliwości społecznej. Jego działalność wskazuje na przekonanie, że rozwój miasta nie może być oddzielony od troski o najsłabszych mieszkańców.

Kaplicki reprezentował odmienny model przywództwa. Był wymagający, bezkompromisowy i zdyscyplinowany. Nie budował popularności poprzez ustępstwa, lecz poprzez skuteczność działania. W jego przypadku moralność publiczna przejawiała się przede wszystkim w odpowiedzialności za finanse miasta i gotowości do podejmowania trudnych decyzji służących interesowi wspólnemu.

Komisarze rządowi natomiast ucieleśniali etos urzędnika państwowego, dla którego najważniejszym punktem odniesienia pozostaje stabilność instytucji i wykonywanie obowiązków wobec państwa.

Dlaczego byli postrzegani jako elita?

Na tle wielu współczesnych debat politycznych szczególnie uderza fakt, że znaczna część międzywojennych włodarzy Krakowa posiadała wieloletnie doświadczenie zawodowe zdobyte poza polityką. Lekarz, inżynier, pedagog, przedsiębiorca czy urzędnik państwowy wchodzili do samorządu z konkretnym dorobkiem zawodowym. Dzięki temu urząd prezydenta miasta stanowił często zwieńczenie kariery publicznej, a nie jej początek.

Wysoki poziom edukacji, znajomość języków obcych, kontakty międzynarodowe oraz doświadczenia zdobyte na renomowanych uczelniach europejskich sprawiały, że byli oni częścią szeroko rozumianej inteligencji miejskiej. W ich działalności można dostrzec charakterystyczne dla epoki przekonanie, że sprawowanie funkcji publicznych wymaga nie tylko kompetencji, ale również osobistego autorytetu.

Współcześni kandydaci – inna epoka, inne kryteria

Porównywanie międzywojennych prezydentów Krakowa ze współczesnymi kandydatami wymaga ostrożności. Działają oni w całkowicie odmiennych realiach społecznych, gospodarczych i politycznych. Współczesna demokracja masowa premiuje inne kompetencje niż samorząd II Rzeczypospolitej. Znaczenie mają dziś komunikacja medialna, zarządzanie dużymi organizacjami, umiejętność budowania szerokich koalicji społecznych oraz funkcjonowanie w warunkach ciągłej kontroli opinii publicznej.

Można jednak zauważyć, że wyborcy nadal oczekują od kandydatów cech cenionych również sto lat temu: uczciwości, kompetencji, odpowiedzialności, zdolności do podejmowania trudnych decyzji oraz rzeczywistej troski o rozwój miasta. To właśnie te cechy, a nie przynależność partyjna czy popularność medialna, decydują o trwałej ocenie samorządowców przez historię.

Zakończenie

Prezydenci Krakowa okresu międzywojennego stanowili elitę intelektualną i administracyjną swojej epoki. Łączyli wysokie kwalifikacje zawodowe z silnym etosem służby publicznej. Różnili się temperamentem i stylem zarządzania, lecz wspólnym mianownikiem ich działalności było przekonanie, że urząd jest obowiązkiem wobec wspólnoty miejskiej.

Historia pokazuje, że trwały szacunek mieszkańców zdobywają nie ci politycy, którzy najlepiej prowadzą kampanie wyborcze, lecz ci, którzy pozostawiają po sobie sprawnie działające instytucje, rozwijające się miasto i poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Dwie twarze pamięci historycznej. Żywiec, 1 maja i milczący rozdźwięk władzy

Trudno o bardziej wymowny symbol chaosu polskiej polityki historycznej niż wydarzenia, które w tym roku miały miejsce na Żywiecczyźnie. Z jednej strony oficjalne uczestnictwo samorządowców w pierwszomajowych obchodach pod tablicą utrwalającą narrację rodem z PRL, z drugiej – udział tych samych przedstawicieli władz w uroczystościach państwowego pochówku żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, zamordowanych przez komunistyczny aparat terroru.

Taki rozdźwięk trudno uznać za przypadek. To raczej przejaw charakterystycznej dla III RP polityki „historycznego kompromisu”, w której próbuje się jednocześnie oddawać hołd ofiarom komunizmu i pielęgnować symbole powstałe w czasach komunistycznej propagandy.

W Żywcu ten paradoks widać szczególnie wyraźnie. Burmistrz miasta nie widzi problemu w uczestnictwie w pierwszomajowym pochodzie kończącym się pod tablicą przy ul. Komorowskich, gdzie od lat powielana jest narracja o „sanacyjnej policji” mordującej robotników. Narracja ta została ukształtowana jeszcze w czasach PRL i wpisywała się w komunistyczną propagandę wymierzoną w II Rzeczpospolitą.

Kilka dni później ci sami przedstawiciele władz publicznych uczestniczą jednak w uroczystościach upamiętniających żołnierzy NSZ zgrupowania kpt. Henryka Flamego „Bartka” — ludzi zdradzonych i zamordowanych przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa. W Kamesznicy odbył się państwowy pochówek 58 odnalezionych szczątków żołnierzy podziemia niepodległościowego. Żołnierzy, których śmierć była konsekwencją działań dokładnie tego samego systemu politycznego, którego propagandowe kalki nadal obecne są w przestrzeni publicznej Żywca.

To właśnie tutaj pojawia się fundamentalne pytanie o wiarygodność współczesnej polityki pamięci. Nie można jednocześnie oddawać czci ofiarom komunistycznych zbrodni i bezrefleksyjnie uczestniczyć w uroczystościach pod tablicą, której treść została ukształtowana przez środowiska budujące ideologiczne uzasadnienie dla późniejszego terroru.

Szczególnie mocno wybrzmiewa w tym kontekście postać Adolfa Biela — uczestnika demonstracji z 1932 roku, a po wojnie szefa PUBP w Żywcu. Człowieka odpowiedzialnego za działania przeciwko polskiemu podziemiu niepodległościowemu. Historia zatoczyła tragiczne koło: środowiska przedstawiane przed wojną jako „ofiary sanacji” po 1945 roku współtworzyły aparat represji wobec żołnierzy walczących o niepodległą Polskę.

Dlatego mieszkańcy mają prawo oczekiwać od władz jasnego stanowiska. Nie chodzi o zakazywanie obchodów czy wymazywanie historii. Chodzi o elementarną uczciwość wobec faktów. Jeśli państwo polskie oddaje dziś honor żołnierzom NSZ, to równocześnie powinno mieć odwagę uporządkować miejsca pamięci, które nadal posługują się językiem i narracją komunistycznej propagandy.

Nie da się budować spójnej pamięci narodowej na dwóch sprzecznych fundamentach jednocześnie.

Zdjęcie: Żywiecinfo

Źródło: Słownik Biograficzny Żywiecczyzny

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Rotmistrz Witold Pilecki – bohater niezłomny. W Żywcu pamięć o nim trwa

13 maja 1901 roku urodził się Witold Pilecki – jeden z największych bohaterów polskiego podziemia i symbol niezłomnej walki o wolność. Jego życie stało się świadectwem odwagi, poświęcenia i bezgranicznej miłości do Ojczyzny. Dobrowolnie trafił do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz, gdzie organizował ruch oporu i przekazywał światu informacje o zbrodniach III Rzeszy. Po wojnie został zamordowany przez komunistyczne władze Polski.

Patriotyczne początki

Pilecki pochodził z rodziny silnie związanej z tradycją patriotyczną i Kresami Wschodnimi. Urodził się w Ołońcu na terenie dzisiejszej Rosji, jednak dzieciństwo i młodość spędził w Wilnie. Już od najmłodszych lat angażował się w działalność harcerską i niepodległościową.

W czasie wojny polsko-bolszewickiej walczył w obronie odradzającej się Polski. Brał udział między innymi w walkach pod Grodnem oraz podczas Bitwa Warszawska. Po zakończeniu wojny prowadził gospodarstwo rolne i służył jako oficer rezerwy kawalerii w II Rzeczypospolitej.

Dobrowolnie poszedł do Auschwitz

Po wybuchu II wojny światowej Pilecki walczył w kampanii wrześniowej, a następnie zaangażował się w działalność konspiracyjną. W 1940 roku podjął decyzję, która do dziś uznawana jest za jeden z najbardziej heroicznych czynów w historii II wojny światowej – celowo dał się aresztować Niemcom, aby przedostać się do KL Auschwitz.

W obozie stworzył Związek Organizacji Wojskowych – tajną siatkę oporu działającą wśród więźniów. Organizował pomoc, podtrzymywał morale osadzonych i przekazywał na zewnątrz informacje o niemieckich zbrodniach. To właśnie dzięki niemu świat otrzymał jedne z pierwszych raportów opisujących skalę ludobójstwa dokonywanego w Auschwitz.

W 1943 roku po blisko trzech latach niewoli zdołał uciec z obozu i kontynuował walkę w strukturach polskiego podziemia.

Walka do końca

Po ucieczce z Auschwitz działał w Armii Krajowej. W czasie Powstania Warszawskiego walczył początkowo jako szeregowy żołnierz, a później dowodził jednym z oddziałów zgrupowania Chrobry II.

Po zakończeniu wojny, na rozkaz Władysława Andersa, wrócił do Polski, by prowadzić działalność wywiadowczą. Zbierał informacje o represjach wobec żołnierzy Armii Krajowej oraz działaniach komunistycznych władz narzuconych Polsce po wojnie.

Ofiara komunistycznego terroru

W 1947 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Podczas brutalnego śledztwa był torturowany i oskarżony między innymi o działalność szpiegowską na rzecz polskiego rządu na emigracji.

15 marca 1948 roku sąd wojskowy wydał na niego wyrok śmierci. Ówczesny prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Rotmistrz Witold Pilecki został zamordowany 25 maja 1948 roku w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Przez dziesięciolecia komunistyczne władze próbowały wymazać jego nazwisko z historii Polski.

Pamięć o bohaterze trwa również w Żywcu

Dziś Witold Pilecki jest symbolem niezłomności i bohaterstwa. Jego imię noszą szkoły, ulice i ronda w całej Polsce. Dzięki staraniom Klubu Gazety Polskiej w Żywcu również w Żywcu uhonorowano pamięć rotmistrza.

Rondo imienia Rotmistrza Witolda Pileckiego znajduje się na skrzyżowaniu Alei Jana Pawła II z ulicą Handlową w Żywcu. To miejsce przypomina mieszkańcom o człowieku, który do końca pozostał wierny wartościom: wolności, honorowi i niepodległej Polsce.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Related Sites