Sekretarz Miasta Żywiec Tomasz Buś odpowiada na nasz artykuł z 16 maja

Sekretarz Miasta Żywiec Tomasz Buś odpowiada  na artykuł, który pojawił się w „Żywiec w sieci”  16 maja „Wytyczne urzędników wobec członków komisji wyborczych w Żywcu:

„Zgodnie z art. 152 § 2 Kodeksu wyborczego każda obwodowa komisja wyborcza jest organem wyborczym. W sensie prawnym komisja taka nie jest zbiorem obywateli, lecz jednym kolegialnym organem, który posiada określony skład osobowy. Art. 7 Konstytucji RP stanowi: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. Obodowa komisja wyborcza jak każdy organ państwa może działać wyłącznie w granicach przewidzianych przepisami prawa. Innymi słowy, jeżeli dany przepis prawa nie wskazuje wprost określonego rodzaju postępowania, to komisja w taki sposób postąpić nie może. Nie obowiązuje tu zasada: „Co nie jest prawem zakazane to jest dozwolone”, lecz zasada: „Co nie jest prawem przewidziane to jest zakazane”. Odnosząc się do kwestii parafowania protokołu głosowania to przepis pkt. 71 ppkt. 2 Wytycznych dla obwodowych komisji wyborczych dotyczących zadań i trybu przygotowania oraz przeprowadzenia głosowania utworzonych w kraju w wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, zarządzonych na dzień 10 maja 2015 roku przewiduje parafowanie protokołu wyłącznie w sytuacji, kiedy protokół ten został sporządzony ręcznie. Dlatego też obwodowa komisja wyborcza, jako organ wyborczy – działający na podstawie i w granicach prawa – nie może samodzielnie domniemywać swojego uprawnienia do parafowania protokołu sporządzonego przy pomocy sytemu informatycznego. „

„Powyższe nie stoi na przeszkodzie, aby mężowie zaufania oraz zainteresowani członkowie komisji otrzymali kopię protokołu głosowania potwierdzoną za zgodność z oryginałem, parafowaną na każdej stronie przez przewodniczącego danej komisji. Takie rozwiązanie stosowane było z powodzeniem podczas głosowania w dniu 10 maja 2015 roku i zapewnione będzie w dniu ponownego głosowania, przypadającego na dzień 24 maja 2015 roku.”

Napisano wZ miasta ŻywcaKomentarzy (0)

Budowa żywieckiej obwodnicy i mostu na finiszu

Na swoich stronach Zarząd Dróg Wojewódzkich w Katowicach informuje o spotkaniu, które było poświęcone budowie „obwodnicy” i mostu na Sole. Płyta nowego mostu na Sole została podwieszona do stalowych łuków. Trwają przygotowania do ostatecznej regulacji podwieszenia, co zostanie wykonane po przeprowadzeniu szczegółowych badań jego geometrii. Kończą się także przygotowania do zabezpieczenia antykorozyjnego mostu. Próbne obciążenie jego ustroju nośnego, planowane jest na 22 czerwca br., już po ułożeniu nawierzchni bitumicznej. Według konsorcjum Rubau i Rubau wszystkie prace przy budowie mostu zakończą się na przełomie czerwca i lipca br. Zakończenie budowy nie jest równoznaczne z oddaniem do użytku nowej drogi i mostu. Procedury związane z odbiorem mogą trwać kilka tygodni.

Przypomnijmy, że pierwotnie inwestycja miała zakończyć się 15 listopada 2014 r. Kilka tygodni temu konsorcjum Rubau i Rubau wypowiedziało umowę z głównym podwykonawcą, firmą KPRM. Rubau i Rubau podpisało nowe umowy z podwykonawcami KPRM. Według Zarządu Dróg Wojewódzkich w Katowicach wszystkie faktury za wykonane prace zostały zapłacone. Z informacji jakie docierają do ZDW w Katowicach, KPRM jest winien swym podwykonawcom i dostawcom ok. 1,8 mln zł. Stefan Assanowicz, prezes Rubau Polska poinformował, że konsorcjum spłaciło wszystkie swe zobowiązania wobec KPRM wynikające z umowy na podwykonawstwo.

Mamy 15 maja 2015 a most nie jest skończony. Ludzie pytają kiedy będzie wybudowany most na Sole, bo mamy duże straty w obrotach. Straciliśmy dużo klientów po zamknięciu mostu. Burmistrz nie chce słyszeć o obniżeniu podatków dla handlowców. Jak długo mamy stać w korkach- mówią. Należałoby się też zastanowić, ile firm brało udział w budowie tego mostu oraz „obwodnicy”? Póki co to na tablicy widnieje napis Budujemy dla Was….. Jedno jest pewne, że istniała możliwość budowy mostu obok istniejącego i potem przesunięcia go w poprzek, jak potwierdził to pan Dittrich z firmy grv Ingenieure im Bauwesen z Hanoweru.

Ten sposób budowy dał by możliwość dalszej przeprawy pojazdów starym mostem do chwili wybudowania nowego. Burmistrz Żywca do dnia dzisiejszego uważa za absurdalny pomysł aby budować w ten sposób most, tylko czy na pewno nie można było budować inaczej? Czy nie wystarczyło na etapie projektu powiedzieć, że budowa ma wyglądać tak a nie inaczej?

Napisano wOgólnie2 komentarze

Wytyczne urzędników wobec członków komisji wyborczych w Żywcu

W Obwodowej Komisji Wyborczej w Żywcu pojawiły się ustne wytyczne urzędników wobec członków komisji wyborczych, aby ci nie parafowali wszystkich stron protokołu wydrukowanego z komputera, a jedynie złożyli swe podpisy na jego ostatniej stronie. Zakaz ten – mający miejsce również w innych obwodach, m.in. warszawskich – uzasadniano przekonaniem, że parafki mogłyby uniemożliwić odczytanie kodów kreskowych oraz że kody te są wystarczającym zabezpieczeniem przed fałszerstwem.
Należy zwrócić tutaj uwagę na fakt, że wyniki wyborów znajdują się na przedostatniej stronie protokołu, co w praktyce oznacza, że strona ta będzie jedynie czystym wydrukiem z komputera bez pieczęci czy podpisu. Zatem w przypadku awarii systemu lub celowego fałszowania danych, nie będzie żadnego dowodu, że dokument ten jest w pełni tym samym, który został przez komisję wydany.
Zwłaszcza, że protokół komisji sporządzony ręcznie, zanim dane zostały wprowadzone do komputera, jest wedle pkt. 69.1 „Wytycznych dla Obwodowych Komisji Wyborczych” (uchwała Państwowej Komisji Wyborczej z 9 marca 2015) zaledwie „projektem protokołu głosowania”, nie posiadającym żadnej mocy prawnej. Nie będzie on mógł zatem posłużyć jako ewentualny środek dowodowy w sądzie. Natomiast argument odnośnie mocy zabezpieczającej kodu kreskowego wydaje się być – w obliczu dzisiejszych możliwości technicznych – aż nie na miejscu. Jednocześnie po obu stronach kodu znajduje się wystarczająca ilość miejsca, by podpisy bądź parafki członków komisji zostały na protokole umieszczone w sposób nie utrudniający odczytanie kodu kreskowego.
Najistotniejszą jednak kwestią jest fakt, że owe urzędowe wytyczne odnośnie podpisywania jedynie ostatniej strony protokołu, bądź zakazu parafowania czy podpisywania pozostałych jego stron, nie mają żadnej podstawy prawnej. Pkt. 70 „Wytycznych” mówi:
„Protokół głosowania, w dwóch egzemplarzach, podpisują wszyscy członkowie komisji obecni przy jego sporządzeniu(…).”
Zaś pkt. 71:
„W przypadku komisji, w których protokół został sporządzony ręcznie, wszyscy członkowie komisji obecni przy jego sporządzeniu parafują wszystkie strony protokołu (poza stroną na której składane są podpisy członków komisji).”
Z przepisu tego wynika zatem, że PKW wprawdzie nie nakazuje parafowania wszystkich stron protokołu komputerowego – wymóg ten dotyczy jedynie protokołu sporządzonego ręcznie – , ale i parafowania takiego nie zakazuje. Powołując się na funkcję gwarancyjną prawa – zapewniającą ochronę jednostki przed arbitralną ingerencją władzy publicznej w prawa jednostki – jeżeli określone postępowanie nie jest w sposób wyraźny zakazane, to jest ono dozwolone. Zgodnie z zasadą legalizmu natomiast, władza publiczna może działać jedynie w oparciu o istniejące normy prawne, wskazując przy tym podstawę prawną działań, które podejmuje. Podstawy tej do zakazania parafowania wszystkich stron protokołu po prostu tutaj brak. Urzędnik nie może powołać się także na interpretację rozszerzającą przepisu „Wytycznych”, gdyż ta przysługuje – zgodnie rzymską maksymą argumentum a maiori ad minus: cuius est condere eius interpretari – jedynie organowi owy przepis ustanawiającemu lub sądownictwu.

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Muzeum imienia Eriki Steinbach. Jaką rolę wyznaczą quasipartii – Związkowi Wypędzonych niemieccy politycy na przyszłość?

Jeśli ktoś sądzi, że damy się odstawić do lamusa historii, że da się kształtowaćprzyszłość Europy bez nas, ten się grubo myli

— zapowiedziała Erika Steinbach w 1998r., gdy została szefową Związku Wypędzonych (BdV) i, co trzeba przyznać, słowa dotrzymała.

Zostawi po sobie w centrum Berlina własny pomnik, stałą ekspozycję, która po wsze czasy upamiętni powojenne wysiedlenia Niemców.

To jest i będzie pani sukces

— chwaliła przewodniczącą BdV Angela Merkel w chwili uroczystego rozpoczęcia adaptacji budynku Deutschlandhaus na centrum wystawowe.

Gromadzona tam dokumentacja pn. „Ucieczka, wypędzenia i pojednanie“ ma być powszechnie udostępniona w przyszłym roku. Wczoraj, na pożegnanie 72. letniej Steinbach, która de facto przekazała kierownictwo w BdV swemu następcy w listopadzie ubiegłego roku, kanclerz Niemiec podkreśliła z uznaniem jej determinację i zasługi „w walce o sprawy wypędzonych”, przez co „stała się nawet obiektem szykan”. Aby był wilk syty i owca cała, należało oczywiście napomknąć o dwóch kwestiach: pierwszej, że „wypędzenia były bezprawiem”, co Merkel zaznaczyła podczas wczorajszego przyjęcia w Związku Wypędzonych, i drugiej, o budowaniu mostów porozumienia i pojednania przez ziomkostwa z tymi krajami, które tego bezprawia się dopuściły… Tej drugiej kwestii kanclerz wczoraj akurat nie poruszyła, zrobiła to notabene podczas inauguracji prac adaptacyjnych w Deutschlandhaus; jak zapowiedziała, jej rząd będzie przywiązywał wagę, aby muzeum „służyło pojednaniu”.

„Przypominając o ucieczce i wypędzeniu 14 milionów Niemców nigdy nie wolno zapomnieć, że nie doszłoby do nich bez narodowego socjalizmu”, który przyniósł „wojnę i zniszczenie, niewyobrażalną przemoc i wyrwę cywilizacyjną – holokaust”, nawiązała kanclerz Merkel w siedzibie przyszłego muzeum. Jak mawiają Niemcy, „so weit, so gut” – na razie w porządku, jednak tylko pozornie. Rdzeń wystawy stanowić będzie ilustracja wysiedlenia Niemców z Europy środkowo-wschodniej po 1945r., którą niejako uzupełni część dotycząca wymuszonej migracji innych narodów. I to można uznać za kolejny sukces Steinbach: niezależnie od eufemistycznego przypominania Merkel o „narodowym-socjalizmie”, powojenny dramat Niemców będzie wpisany w kontekst niwelujący różnice między przyczynami, sprawcami, skutkami i ofiarami.

Co znamienne, rozpoczęcie prac na budowie nowego muzeum w Berlinie nastąpiło trzy miesiące przed wyborami do niemieckiego parlamentu (Bundestagu). Członkowie ziomkostw to z reguły wyborcy chadeckich partii CDU/CSU. Posłanka Steinbach doskonale wiedziała jak grać kartą. Wszystkie najważniejsze obietnice i polityczne decyzje dotyczące jej zamierzeń zapadały właśnie tuż przed i po kolejnych wyborach. Związek Wypędzonych pod jej kierownictwem (i poprzedników) stał się w Niemczech quasipartią, z którą liczyli się wszyscy. Szefowa BdV bynajmniej nie kryła, co stanowi jej „atu” w grze politycznej: przepytywała poszczególne partie, co sądzą o jej żądaniach, aby wskazywać ziomkom na kogo mają oddawać głosy i od kogo egzekwować uzyskane przyrzeczenia.

Skąd się wzięła ta, jak kiedyś charakteryzował Steinbach, „pani Nikt, nazywana przez frakcyjnych kolegów maskotką prawicowców”? Na te opinię wpłynął m.in. jej „słaby” wzrok, nie sięgający przeszłości Niemiec sprzed 1945 r., oraz osobliwa interpretacja skutków wojny. Steinbach jest córką okupantów, urodziła się na terenie podbitej Polski w Rumii, lecz w swym cv konsekwentnie wpisuje Rahmel/Westpreussen. Gdy trzy miesiące przed wkroczeniem Armii Czerwonej jej matka uciekła stamtąd z córkami do Szlezwika-Holsztynu, Erika przeżywała właśnie drugą wiosnę. Dorosła Steinbach nigdy nie czuła tęsknoty, ani potrzeby odwiedzenia tych stron. O Rahmel przypomniała sobie dopiero po objęciu szefostwa w BdV. Już w pierwszym wystąpieniu w nowej roli zażądała „zwrotu majątków lub wypłaty odszkodowań dla wypędzonych”, np. poprzez „rozdanie poszkodowanym przez Polski rząd terenów państwowych”.

Podobnych dezyderatów miała więcej. Przedstawiła je chylącemu się ku upadkowi kanclerzowi Helmutowi Kohlowi, który stanął przed dylematem: albo wplącze się w konflikt ponadgraniczny, albo straci poparcie elektoratu z kręgów BdV. Kohl wybrał przychylność ziomków i dowartościował ich uchwałą potępiającą „bezprawie wypędzenia”, notabene przyjętą przez Bundestag dzięki milczeniu opozycji, również unikającej zatargu z wysiedleńcami. Nie uchroniło go to od wyborczej klęski, wywołało natomiast tak ostre reakcje za granicą, że przewodnicząca Bundestagu Rita Süssmuth musiała pofatygować się do Warszawy, aby ostudzić rozgrzane emocje.

Ale mleko zostało już rozlane. Tym bardziej, że uchwałę Bundestagu poprzedziły inne fakty, od odrzucenia przez BdV na zjeździe w Berlinie traktatów granicznego i dobrosąsiedzkiego z Polską, które ziomkostwa określiły jako „największą amputację Niemiec w ich dziejach” i „zdradę”, po rozsyłanie tysięcy listów roszczeniowych do adresatów na byłych terenach III Rzeszy.

Wbrew upowszechnianej opinii, „pani Nikt” nie była osobą bez znaczenia. Oprócz mandatu posłanki Bundestagu i kierowania Związkiem Wypędzonych, była członkiemzarządu Krajowego Stowarzyszenia Prus Zachodnich, zarządu federalnego CDU (partii Merkel), zarządu Instytutu Goethego kształtującego obraz Niemiec za granicą, rady telewizji publicznej, powierzono jej też przewodnictwo w parlamentarnej Komisji Praw Człowieka.

Wprawdzie Steinbach osobiście nie przyklejała znaczków na listach do mieszkańców na terenie Polski i Czech, jednak to z jej ust wychodziły zapewnienia, że „BdV nigdy nie zrzeknie się zwrotu własności i odszkodowań dla wypędzonych”. Domagała się także od rządu RFN uzależnienia poparcia dla krajów kandydujących do UE od unieważnienia wywłaszczeń, oraz uczynienia zadości „pokrzywdzonym Niemcom”, w tym „byłym więźniom i pracownikom przymusowym”. Za ilustrację rewindykacyjnych nadziei rozbudzonych przez Steinbach mogą służyć np. listy, opublikowane m.in. przez dziennik „Die Welt”: Siegfried Schulz z Grafschaft napisał, że „Polska otrzymała mocą Traktatu Wersalskiego tereny niemieckie, a w 1920r. anektowała obszary Rosji i Ukrainy, które musiała zwrócić w 1945 r., a potem anektowała Gdańsk”…, zaś Johannes Geiger z Norymbergii wywodził: jeśli Polska chce być przyjęta do UE, musi „uznać prawa do bezwarunkowego powrotu wszystkich wypędzonych, do ich własności, do należytego odszkodowania, i ukarać sprawców wypędzenia”. Jeden z czytelników „Berliner Zeitung” konstatował: „Wszystko jest kwestią czasu. Pokonanie podziału Niemiec już stało się faktem, koniec z końcem także Gdańsk, Katowice, czy Królewiec będą miały niemieckie kody pocztowe”.

Oficjalnie szefowa BdV zaprzeczała, jakoby jej związek miał coś wspólnego ze skrajną prawicą i neonazistami. Jednak, jak wykazały długo blokowane przez Steinbach (rzekomo „z braku środków”), wiwisekcje życiorysów jego działaczy, jedna trzecia miała nazistowską przeszłość. Pierwszy szef tej organizacji Hans Krüger uczestniczył w Puczu Monachijskim, a później w Chojnicach skazywał na śmierć Polaków za łamanie rygorów okupacji. Także dzisiaj niektórzy aktywiści BdV znajdują się pod lupą Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji. Był wśród nich zastępca Steinbach Paul Latussek – prelegent neonazistów, autor skrajnieprawicowej gazety „Nation und Europa”, który zasiadał nawet w Radzie Wypędzonych przy Federalnym Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w Berlinie. Eksponowane funkcje stracił dopiero po wyroku sądowym za podżeganie do nienawiści i antysemityzm. Z tego samego powodu skreślono go także z listy wykładowców Uniwersytetu w Ilmenau.

Przykładami powiązań BdV ze skrajną prawicą i neonazistami można rzucać jak z rękawa. Część wysłanych do Polski i Czech listów napisano na firmówkach ziomkostwa Niemców Sudeckich – rzecz jasna, później okazało się, że „bez wiedzy związku”, to znów Saksoński Związek Ślązaków przemaszerował przez Drezno u boku skrajnie prawicowych partii NPD i Republikanów – i w tym przypadku była to „inicjatywa prywatna”… Szerzenie ideałów z brunatnej niszy zarzucono m.in. gazetom „Der Schlesier”, „Ostpreussenblatt”, „Junge Freiheit”, czy periodykom „Witiko-Brief” i „Fritz” – Niemców Sudeckich i Ziomkostwa Młodzieży Prus Wschodnich. Jak bez owijania w bawełnę przyznała gazeta „Deutsche Stimme” – organ narodowców z NPD, dla realizacji politycznych celów tej partii organizacje wypędzonych „odgrywają pierwszoplanową rolę”.

Jak mawiał Ernest Hemingway, szczęście to dobre zdrowie i słaba pamięć. Zdrowia Erice Steinbach nie brakowało, z pamięcią – gorzej, więc musi być szczęśliwa, czego nie można powiedzieć o tych, którzy pamiętają jej liczne impertynenckie i aroganckie wypowiedzi. Np. obarczenie Polski współwiną za II wojnę światową, supozycje, że dzięki klęsce Hitlera „spełniły się dawne życzenia Polaków o wypędzeniu Niemców”, szydzenie z „niezmordowanych Polaków”, którzy „pomogli w rozreklamowaniu idei muzeum wypędzonych”, bezczelne uwagi, że Polakom nic do tego, bo też „nie konsultują” z Niemcami zabudowy Warszawy, czy porównanie rządu Jarosława Kaczyńskiego do neonazistów. Na marginesie, Steinbach zaatakowała premiera RP w ten niewybredny sposób akurat w chwili, gdy w Berlinie po raz pierwszy obradowały wspólnie prezydia naszych parlamentów. Czy liczyła na zerwanie rozmów przez polską stronę? Gdy przewodniczący niemiecko-polskiej grupy parlamentarnej Markus Meckel (SPD) wezwał ją do przeproszenia Polaków za tę „skandaliczną, szkalującą wypowiedź”, Steinbach odparowała: „Nawet we śnie nie wpadłoby mi to do głowy”.

Powstały w 1957 r. Związek Wypędzonych ma spory wkład w integrację przesiedleńców na zachodzie Niemiec, jednak jego działalność nie skończyła się na pomocy i pielęgnowaniu tradycji. BdV stał się politycznym mutantem, wywierającym niekiedy demolujący wpływ na stosunki zagraniczne RFN. Sama Steinbach nie niwelowała, lecz utrwalała dawne uprzedzenia, i nie ułatwiła, lecz utrudniała proces pojednania. Ale według niemieckich mediów, Polacy popadli w jakąś fobię na punkcie szefowej BdV. „Co Polacy mają przeciw tej kobiecie?”, pytał sam siebie bulwarowy Bild i odpowiadał na użytek czytelników, że była przecież „wypędzoną”, a mimo to „stara się o porozumienie z Polską, Czechami i innymi krajami”…

Czy niemieckim komentatorom nie chciało się sięgnąć do źródeł, czy też świadomie uczestniczyli w prokreacji wizerunku Steinbach, opartego na hipokryzji i kłamstwach? Już były szef dyplomacji Hans-Dietrich Genscher, zirytowany wypowiedziami Steinbach, ostrzegał: „Polacy i Czesi mają starać się o świadectwo dojrzałości w… Związku Wypędzonych. U naszych sąsiadów mnożą się pytania o cele niemieckiej polityki europejskiej” (…), „z trudem zdobyte zaufanie przez Niemców jest drogocenne, ale i bardzo kruche”. Następca Genschera, Klaus Kinkel określił wręcz postulaty ziomkostw jako „kawałek sztuki z domu wariatów”, zaś rzecznik frakcji liberałów z FDP w Bundestagu Max Stadler wytykał Steinbach „dezawuowanie niemieckiej polityki zagranicznej”. Wiceprzewodnicząca Bundestagu Antje Vollmer (Zieloni) upominała: „Wypędzeni chcą czerpać korzyści z procesu pojednania, a sami mu szkodzą” i otwarcie żądała odebrania BdV „wyjątkowego statusu”. Poseł lewicy (SPD) Freimut Duve uznał dotacje państwa dla tej organizacji za „szyderstwo z polityki pojednania z Polską”, a rzecznik socjaldemokratów w Bundestagu Gert Weisskirchen komentował wprost: „Steinbach przesuwa odpowiedzialność za zbrodnie (…) na Polaków, których kraj został zniszczony, a których obok Żydów naziści przeznaczyli do zagłady”. Według Renate Künast, dawniej szefowej frakcji Zielonych, „upamiętnienie wypędzenia nie powinno nastąpić w Berlinie, skąd wyszła wojna, lecz w Polsce lub w Czechach”, aby „przyczyny wysiedlenia Niemców umiejscowić we właściwym kontekście: ludobójstwa na Żydach, Sinti i Romach, jak też części polskiej i rosyjskiej ludności”.

Podobnych opinii mógłbym przytoczyć wiele. W tym kontekście rodzi się pytanie, czy oficjalnie potępiany Związek Wypędzonych nie stanowił dla rządzących parawanu, by pod pretekstem wyborczej konieczności móc realizować wspólne cele polityczne? Ergo, czy destrukcyjna działalność Eriki Steinbach była ważniejsza od dobrych stosunków z sąsiadami, czy może jej przekonania nie były odosobnione?

Wprawdzie Helmut Kohl nigdy nie skorzystał z zaproszenia na zjazdy ziomkostw, ale to pod koniec jego urzędowania Bundestag podjął uchwałę o „dziejowej niesprawiedliwości” i „bezprawiu wypędzenia”. Kandydujący na kanclerza Gerhard Schröder nie zostawiał na BdV i popierających ich chadekach z CDU/CSU suchej nitki za „prowokowanie konfliktów”, żądał obcięcia dotacji dla związku i stanowczo odrzucał pomysł budowy tzw. centrum wypędzonych, ale po przejęciu władzy jako pierwszy zaszczycił zjazd wypędzonych swą obecnością, co więcej, apelował do uczestników, aby „pozwolili załatwiać rządowi” ich roszczenia „po swojemu”. Dofinansowanie BdV zamiast zmaleć, rosło wręcz skokowo: z 3,5 mln marek płaconych z państwowej kasy dwadzieścia lat temu suma ta wzrosła pod koniec kadencji Schrödera dziesięciokrotnie.

Także kanclerz Merkel początkowo wyrażała oględną dezaprobatę dla skandalicznych wypowiedzi Steinbach, lecz gdy szefowa BdV zagroziła, że w razie niespełnienia jej życzeń wystąpi z CDU i utworzy własną partię, zaczęła podkreślać, jak ceni szefową związku, jej wkład w „budowanie mostów porozumienia” i zaczęła zasiadać w pierwszym rzędzie podczas masówek BdV. Czy była to konieczność dla uniknięcia bliżej nieokreślonego, większego zła? Jaka tajemna siła kryje się pod szyldem tego nietykalnego związku i jego szefowej, której po internetowym czacie telewizji ARD aż dwie trzecie niemieckich internautów radziło, aby darowała sobie ubieganie się o członkostwo w radzie muzealnej fundacji „Ucieczki, wypędzenia i pojednania”?

Symptomatycznych „tajemnic” dotyczących BdV jest więcej. „Dokładni” Niemcy jakoś nie potrafią obliczyć, ile członków liczy ta organizacja. Sama Steinbach twierdziła, że „występuje w imieniu 2 mln Niemców”, agencja ddp podała w 2010r. (w oparciu otelefoniczny sondaż) liczbę 550 tys. członków jej związku, historyk i dziennikarz Erich Später od dawna powtarza, że jest ich „nie więcej niż 25 tys.”… Prasowy organ BdV, biuletyn „Deutscher Ostdienst” (DOD) wydawany jest w liczbie 2 tys. egzemplarzy. Zarząd związku woli o liczebności zrzeszonych dziedzicznie-„wypędzonych”, za których uchodzą dziś również dzieci, wnuki i prawnuki wysiedleńców, a także ekonomiczni imigranci z ostatnich lat, nie mówić. Równie znamienna jest wyrozumiałość politycznej elity w RFN wobec środowiska wypędzonych. Minister Genscher okrzyknięty był przez nich „zdrajcą” i „mięczakiem”, podobnie szef Bundestagu Wolfgang Thierse, który publicznie wypominał Steinbach głosowanie przeciw uznaniu granicy Niemiec z Polską, prezydent Roman Herzog, wygwizdany podczas obrad BdV, czy krytykujący Steinbach komisarz ds. rozszerzenia UE Günter Verheugen. Na apel posła CSU w Bundestagu Michaela Glosa do uczestników zjazdu śląskiego ziomkostwa o pojednanie z Polakami w duchu zawartych układów, jedna trzecia obecnych ostentacyjnie wyszła z sali, a gdy minister spraw wewnętrznych Otto Schily przypomniał ziomkom, kto przyniósł Europie śmierć i cierpienia, jeden z działaczy huknął do kamer: „Temu facetowi należy dać kopa w dupę!”… Wysiedleńcy nierzadko dawali wyraz co myślą o tych politykach, którzy akceptują historyczne realia, a mimo to nie zdobyli się choćby na ostracyzm wobec działaczy BdV.

Jak skwitował w naszej rozmowie politolog i autor książek Samuel Salzborn, „roszczenia wychodzące z tych kręgów napsuły wiele krwi, w polityce Związek Wypędzonych nie ma nic do szukania”. Choć prowokacje Steinbach & Co. trudno zliczyć, wyciągnięcia konsekwencji wobec byłej już szefowej BdV na scenie politycznej nie było. Gdy „pojednawcza” przewodnicząca wezwała Polskę i Czechy do „wypłaty odszkodowań”, zbulwersowany Günter Grass zareagował: „Pamiętam, jak z moich okolic wygnano najpierw polskich chłopów. (…) A co by było, gdyby Polacy zażądali odszkodowań za zrujnowanie ich całego kraju?”, pytał zmarły niedawno, literacki noblista, autor „Blaszanego bębenka” – według ziomków „sprzedawczyk robiący we własne gniazdo”, którego po wydaniu tej książki namawiali do emigracji. Z czasem Steinbach wyciszyła swe żądania zwrotu majątków i odszkodowań, i odcięła się oficjalnie od Pruskiego Powiernictwa, które nadało tym postulatom bieg formalnoprawny. Założyciel tej spółki komandytowej, szef Krajowego Związku Śląska Rudi Pawelka, były szef policji, rajca i szef CDU w Leverkusen, wyżalał mi się na prasowy użytek, że był to „cios w plecy”, ponieważ „Powiernictwo realizowało cele Steinbach i wcześniej wszystko było omawiane na zarządzie BdV”. Jego zdaniem, szefowa związku „sprzedała” Pruskie Powiernictwo za cenę „politycznego poparcia budowy centrum wypędzonych”.

Początkowo Steinbach chciała tylko „pomnika ofiar wypędzenia”, który z czasem rozrósł się do idei utworzenia muzeum. Najpierw miało to być tzw. centrum wypędzonych, z powołaną przez nią do tego celu Fundacją Niemieckich Wypędzonych z Ojczyzn, co notabene kanclerski minister kultury Michael Naumann określał, jako „chęć archiwizacji roszczeń”, potem powstała pierwsza, obwoźna bieda-ekspozycja pt. „Wymuszone drogi”; Steinbach chciała wystawić ją w Kościele św. Michała w Berlinie, a gdy władze kościelne jej odmówiły, zdołała pozyskać do realizacji tej – jak podkreślała posłanka SPDAngelica Schwall-Düren – „prywatnej inicjatywy” …państwowy obiekt nieopodal Bramy Brandenburskiej. Po rządowym liftingu ideę Steinbach opatrywała nazwa „widomego znaku”, wreszcie przekształciła się w popartą przez parlament muzealną fundację „Ucieczki, Wypędzenia, Pojednania”.

W konflikcie o muzealne centrum „wypędzonych” zasadniczą kwestia pozostaje walka o świadomość historyczną.

W abstrakcyjnym pojęciu uniwersalnego bezprawia ginie każda konkretna odpowiedzialność

— pisał ceniony, niemiecki socjolog Theodor Adorno. Łączenie wspólnym mianownikiem powojennego wysiedlenia Niemców z innymi tego rodzaju zdarzeniami w Europie jest wstępem do relatywizacji historii, zacieraniem różnicy między eksterminacją a eksmisją. Ze sprawców wojennej hekatomby, która spowodowała śmierć około 60 mln ludzi, Niemcy stają się poszkodowanymi i ofiarami. Równie zręcznie BdV żongluje danymi o „wypędzeniu”; ich liczba urosła już do 15 mln, czego nie potwierdza żadne miarodajne źródło, ani żaden poważny naukowiec. Działacze Związku Wypędzonych próbowali wpisać do swego towarzystwa m.in. prezydenta Horsta Köhlera, syna przesiedleńców z Besarabii do Skierbieszowa w 1942 r., jednak on sam zaprotestował przeciw nazywaniu jego rodziny wygnańcami. W RFN istnieją różnorakie ziomkostwa, w tym z „historycznych, niemieckich ziem”, de facto zagrabionych Polsce podczas zaborów, jak np. ze Schneidemühl (Piły), Tschenstohau (Częstochowy), czy Deutsche Bukowina (Bukowiny)…

Steinbach stosowała zasadę, że systematycznie powtarzane kłamstwo staje się prawdą. W jej ustach wszystko miało inny wymiar: przyczyny – mniejszy, skutki – większy. Berliński historyk Ingo Haar nazwał to po imieniu: „fałszerstwo historii”. Co gorsza, udziela się to także mediom, które powielają wykoślawione fakty i dane, w tym dotyczące exodusu Niemców. Ale, co najważniejsze, muzealna relatywizacja wysiedlenia i wynikających stąd ludzkich dramatów pozostawi w cieniu rzeczywisty obraz tragedii narodów, w tym Polski: 6 mln zabitych Polaków, 817 makabrycznie spacyfikowanych wsi, zrujnowanych miast, okrojenia terytorium naszego kraju, który per saldo stracił po wojnie więcej obszaru, niż Niemcy, wreszcie – koszmarnych konsekwencji prawie półwiecza podporządkowania ZSRR.

Ustępując po szesnastu latach z funkcji przewodniczącej BdV Steinbach oznajmiła, że wrogi stosunek Polski do jej organizacji był dla niej zrozumiały – „z tym musi liczyć się każdy szef Związku Wypędzonych”. Jej następca, 50. letni polityk bawarskiej CSU, poseł Bundestagu, monachijski prawnik Bernd Fabritius zapewnia, że nie będzie wysuwał roszczeń terytorialnych ani majątkowych, ale – jak uprzedził – związek będzie wspierał swych członków w roszczeniach indywidualnych. Widomy znak

Pod szyldem BdV następuje trzecia zmiana pokoleniowa: „zawodową wypędzoną”, córkę okupantów z Rumii zastąpi imigrant z Rumunii, który do RFN przyjechał w 1984r. mając w 18 lat, a dziś kieruje ziomkostwem Niemców siedmiogrodzkich. Pamiętam, gdy po ratyfikacji traktatów granicznego i dobrosąsiedzkiego z Polską, ówczesny sekretarz generalny BdV, urodzony już w RFN Hartmut Koschyk proponował zmianę znaczenia skrótu anachronicznej nazwy Związku Wypędzonych na Związek Pojednania (Bund der Versöhnung). Ówczesny przewodniczący Herbert Czaja odebrał mu głos. Jak stwierdził, „traktat graniczny nie jest ostateczny”.

Gdy w mojej telewizyjnej dyskusji ze Steinbach (w magazynie „Quergefragt”) pokazałem list członka BdV, który wytykał jej, że „robi karierę polityczną na plecach wysiedleńców” i wezwał ją „do jak najszybszego ustąpienia”, przewodnicząca odrzekła z uśmiechem, że na brak poparcia nie narzeka…

Dotrwała do końca, do chwili, gdy sama zdecydowała, kiedy usunie się z pierwszego planu. I, jak stwierdziła już na pożegnanie, niczego nie żałuje. Może jedynie tego, że nawtykała rządowemu pełnomocnikowi, zmarłemu niedawno Władysławowi Bartoszewskiemu, że jest „tetrykiem”, który uczepił się jej i związku. Steinbach odchodzi z poczuciem spełnienia obietnicy, że nie dopuści do odstawienia „wypędzonych” do lamusa historii. Czy w pod kierownictwem Fabritiusa w BdV zmieni się stary sposób myślenia? Jaki ton nada nowy przewodniczący związku, w którym powojennych wysiedleńców można dziś zliczyć niemalże na palcach jednej ręki? Jaką rolę wyznaczą tej quasipartii niemieccy politycy na przyszłość? Czas pokaże, będzie to w każdym razie „widomy znak” rzeczywistej polityki Niemiec, odnoszącej się bynajmniej nie tylko do historii…

autor: Piotr Cywiński

Dziennikarz, publicysta, reporter i autor książek. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej. Wieloletni komentator parlamentarny, akredytowany w Bonn, Brukseli i Berlinie, autor licznych wywiadów z szefami rządów państw UE, Komisji Europejskiej i NATO, a także reportaży z krajów Europy, Azji i Afryki, w tym z terenów objętych wojną, m.in. z Bałkanów i Ruandy. W latach 1989-2011 pracował w tygodniku „Wprost”, następnie był komentatorem „Uważam Rze”. Opublikował książki „Sezon na Europę” i „Koniec Europy” (napisane wspólnie z Rogerem Boyesem z „The Times”). Publikuje także w opiniotwórczej prasie zagranicznej. Obecnie jest stałym publicystą-komentatorem tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl.

http://wpolityce.pl/swiat/243469-muzeum-imienia-eriki-steinbach-jaka-role-wyznacza-quasipartii-zwiazkowi-wypedzonych-niemieccy-politycy-na-przyszlosc

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Niemiecka prasa: „Wyjątkowo arogancka kampania Komorowskiego”

Niemiecka prasa komentuje we wtorkowych (12.05.15) wydaniach niespodziankę wyborczą w Polsce. Wszystkie gazety zwracają uwagę na błędy kampanii wyborczej Komorowskiego oraz wykorzystanie szansy przez kandydata PIS-u.

„Süddeutsche Zeitung” stwierdza, że: „Było to sporą niespodzianką, kiedy Jarosław Kaczyński zaprezentował kandydata swojej partii w wyborach prezydenckich. (…) W kampanii wyborczej Duda zajmował jasną pozycję – za NATO i przeciwko in vitro – temat, którym zdobył głosy katolickiego elektoratu. Obiecał też, że jako prezydent podniesie wysokość zasiłku wychowawczego oraz granicę dochodów zwolnionych od podatków dla rodzin, obniży natomiast wiek emerytalny. W jaki sposób Duda chce to wszystko sfinansować, tego nie mówił, ale wielu wyborcom najwyraźniej to nie przeszkadza. Do tej pory prezentował się elokwentnie i nie uciekał od debat telewizyjnych z konkurencją, jak robił to Komorowski. (…)

Czy Duda wygra również w drugiej turze wyborów, zależy mniej od niego samego, a bardziej od tego, jak zdecyduje się 20 procent wyborców, którzy w ostatnią niedzielę głosowali na gwiazdora rocka. Kukiz już zapowiedział, że nie będzie prosił własnego elektoratu, aby głosował na Komorowskiego, bo jest on dla niego uosobieniem establishmentu. Z drugiej strony – ponieważ przedwyborcze sondaże dawały Komorowskiemu największe szanse, wielu wyborców nie poszło do wyborów. Frekwencja nie osiągnęła nawet 50 procent. 24 maja powinno być inaczej”.

Andrzej Duda

„Tagesspiegel” komentuje sukces Andrzej Dudy: „Podczas kampanii wyborczej prezentował się jako katolik z poczuciem społecznej odpowiedzialności. Dawał przy tym obietnice, które wprawdzie nie leżą w kompetencji prezydenta, ale dobrze brzmią. Przede wszystkim zamiar obniżenia wieku emerytalnego, który rząd Donalda Tuska podwyższył do 67 lat. W polityce zagranicznej Duda zrezygnował z wszelkich atyniemieckich uszczypliwości, które były tak typowe dla okresu rządów braci Kaczyńskich. (…) Duda jest przeciwko wprowadzeniu waluty euro, która przed 2020 rokiem i tak się nie pojawi, ale nie jest przeciwko UE. Równocześnie chce mocnej polskiej armi i jeszcze ściślejszej współpracy z NATO”.

Redakcja poleca

Ostrzeżenie dla establishmentu [KOMENTARZ]

Pierwsza tura wyborów prezydenckich w Polsce zakończyła się niespodzianką. Urzędujący prezydent musi drżeć o swoją reelekcję. (11.05.2015)

„Märkische Oderzeitung” uważa, że: „Prezydent Bronisław Komorowski (…) potknął się o własną nogę, prowadząc wyjątkowo arogancką kampanię wyborczą. Największym tego przykładem była debata telewizyjna, na której obecni byli wszyscy kandydaci – oprócz urządującego prezydenta. Wiele głosów, jakie w pierwszej turze zebrał Duda, nie były jedyną nauczką dla Komorowskiego. Również dobry wynik piosenkarza Pawła Kukiza, który zajął trzecie miejsce, jest demonstracją protestu przeciwko rządowi i

źródło: http://www.dw.de/niemiecka-prasa-wyj%C4%85tkowo-arogancka-kampania-komorowskiego/a-18444904

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Ostatnia niedziela

 

Teraz nie pora szukać wymówek
fakt, że skończyło się,
dziś przyszedł drugi , bogatszy i lepszy ode mnie
i wraz z Tobą skradł szczęście me.
Jedną mam prośbę, może ostatnią
pierwszą od wielu lat,
daj mi tę jedną niedzielę,
ostatnia niedzielę,
a potem niech wali się świat.

To ostatnia niedziela
dzisiaj się rozstaniemy,
dzisiaj się rozejdziemy
na wieczny czas.
To ostatnia niedziela,
więc nie żałuj jej dla mnie,
spojrzyj czule dziś na mnie
ostatni raz.

Będziesz jeszcze dość tych niedziel miała,
a co ze mną będzie – któż to wie…

To ostatnia niedziela,
moje sny wymarzone,
szczęście tak upragnione
skończyło się.

Pytasz co zrobię i dokąd pójdę,
dokąd mam iść, ja wiem…
dziś dla mnie jedno jest wyjście,
ja nie znam innego,
tym wyjściem jest, no, mniejsza z tem.
Jedno jest ważne – masz być szczęśliwa
o mnie już nie troszcz się,
lecz zanim wszystko się skończy,
nim los nas rozłączy,
tę jedną niedzielę daj mi.

To ostatnia niedziela
dzisiaj się rozstaniemy,
dzisiaj się rozejdziemy
na wieczny czas.
To ostatnia niedziela,
więc nie żałuj jej dla mnie,
spojrzyj czule dziś na mnie
ostatni raz.

Będziesz jeszcze dość tych niedziel miała,
a co ze mną będzie – któż to wie…

To ostatnia niedziela,
moje sny wymarzone,
szczęście tak upragnione
skończyło się.

tekst piosenki: Mieczysław Fogg

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Michnik obraził się na demokrację. Przegrana Komorowskiego to „czarny scenariusz”

„Demokracja bywa okrutna dla tych, którzy o nią walczyli i którą chcą ją pielęgnować” – pisze obrażony Adam Michnik. Redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”, która ogłosiła Bronisława Komorowskiego”człowiekiem roku- nie ukrywa, że jest załamany przegraną kandydata Platformy w I turze. Wierzy jednak, że uda się jeszcze utrzymać Komorowskiego na stanowisku prezydenta. Michnik w swoim wstępniaku do jutrzejszego wydania gazety nie kryje emocji. Już rysuje wizję koalicji Pawła Kukiza z Prawem i Sprawiedliwością i końców rządów PO, co oczywiście w jego wizji jest czymś najgorszym. Redaktor naczelny „GW” ma jednak resztki nadziei: „Wierzę, że można temu jeszcze zapobiec” „Rezultaty pierwszej tury wyborów prezydenckich wskazują, że Polska może się dostać w ręce ludzi nieodpowiedzialnych i niekompetentnych. (…) Koalicja Dudy i Kukiza oznaczać będzie rządy Kaczyńskiego z Macierewiczem, rządy absurdu i szczujni. To oczywiście jest czarny scenariusz polskiej przyszłości. Wierzę, że można temu jeszcze zapobiec. Dla tak ponurej przyszłości – szkoda Polski.”

źródło: niezależna.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Wściekły Komorowski grozi dziennikarzowi TVN24. „Odmawiam panu współpracy”

– Wojciech Sumliński to człowiek skrajnie niewiarygodny, więc nawet niech pan o niego nie pyta – odpowiedział wyraźnie poirytowany kandydat PO pytany o książkę Wojciecha Sumlińskiego „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”. Kiedy Bogdan Rymanowski nie ustępował, usłyszał od Komorowskiego, że ten nie będzie z nim dalej współpracował.

W piątek Bronisław Komorowski wziął udział w programie „Czas decyzji. Debata” w TVN24. W pierwszej części odpowiadał na pytania dotyczące polityki krajowej. Tę część rozmowy prowadził Bogdan Rymanowski.

Ostatnie z pytań bloku było pytaniem od internauty i dotyczyło książki Wojciecha Sumlińskiego „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”. Jak pisze sam autor, książka „odsłania niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego, sięgające do mrocznego świata służb tajnych, które współtworzyły polską mafię”.

Słysząc pytanie Komorowski nie potrafił ukryć irytacji. Zamiast udzielić odpowiedzi, zapytał Rymanowskiego, co łączy go z Sumilińskim. – A czy ja mogę pana redaktora spytać, czy to jest pana kolega, znajomy albo przyjaciel pan Sumliński? – spytał. Dziennikarz TVN24 zaprzeczył i kontynuował odpytywanie o książkę.

Wojciech Sumliński to człowiek skrajnie niewiarygodny, więc nawet niech pan o niego nie pyta – wypalił w końcu kandydat PO na prezydenta. Kiedy Rymanowski kontynuował temat, zdenerwowany już Komorowski zagroził, że nie będzie odpowiadał dalej na pytania dotyczące Sumlińskiego i jego książki. – Odmawiam panu współpracy – oznajmił i poradził dziennikarzowi, aby „powściągnął chęć bycia w porządku wobec kolegi, bo ten kolega jest oskarżony, nie podejrzany, o płatną korupcję wokół komisji weryfikacyjnej WSI, którą kierował Antoni Macierewicz”.

Rymanowski jednak postanowił zadać jeszcze jedno pytanie – o likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych.

To była głupota. W żadnym kraju nie zdarzyło się, by zlikwidowano wywiad i kontrwywiad wojskowy – powiedział Komorowski i dodał, że jego koledzy z PO (był jedynym spośród posłów Platformy głosującym przeciwko likwidacji WSI – przyp. red.), którzy byli „za”, popełnili grzech naiwności.

źródło: niezależna.pl

foto: TVN24/print screen

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Jarosław Kaczyński: Ostatni spot Komorowskiego to materiał dla kabaretów

Jarosław Kaczyński był gościem programu „Wolne głosy” w Telewizji Republika. W rozmowie z Katarzyną Gójską-Hejke mówił m.in. o ostatnim spocie Bronisława Komorowskiego, w którym twarz Andrzeja Dudy zmienia się w twarz prezesa PiS. – Z jednej strony to złe, z drugiej miłe. Moi przeciwnicy mnie doceniają, to miłe – mówił Kaczyński.

Widziałem (spot – przyp. red.), budzę grozę – żartował szef największej partii opozycyjnej, komentując spot wyborczy Bronisława Komorowskiego. – Z jednej strony to złe, z drugiej miłe. Moi przeciwnicy mnie doceniają, to miłe. Korzystam z okazji, żeby im podziękować – dodawał, śmiejąc się Kaczyński.

Odnosząc się do wymowy spotu zauważył, że straszenie PiS-em to „zdarta płyta”, a sam spot jest skierowany do twardego elektoratu Komorowskiego i ma wzmocnić mobilizacyjny przekaz. – To jest z jednej strony mobilizacja, a z drugiej strony materiał dla kabaretów – ocenił prezes Prawa i Sprawiedliwości, odnosząc treść spotu do hasła Bronisława Komorowskiego o zgodzie.

Mówiąc z kolei o drugim członie wyborczego hasła kandydata Platformy Obywatelskiej, czyli bezpieczeństwa, podkreślił, że Komorowski „zrobił bardzo dużo, żeby to bezpieczeństwo było mniejsze”. Dodał, że „nie ma drugiego polityka w Polsce”, jak starający się o reelekcję prezydent, „który by tak długo zajmował się obroną”. DPrzypomniał również, że Komorowski był m.in. wiceszefem MON, zasiadał w sejmowej komisji ds. obrony i był ministrem obrony narodowej.

Jak zaznaczał Kaczyński, nasza „malutka armia o fatalnej strukturze jest armią w stanie, który wymaga szybkiej naprawy”. Prezes PiS przypomniał też, że obecny prezydent „tworzył doktrynę obronną, w której Rosja miała być gwarantem naszego bezpieczeństwa”. – Uczyniono wszystko, żeby Polska była krajem źle zabezpieczonym. I za to wszystko odpowiada Bronisław Komorowski, i to od roku 1990 – mówił Jarosław Kaczyński. – Do tego dochodzi obrona WSI – dodał.

Pytany, dlaczego dziennikarze nie pytają Komorowskiego o aferę marszałkową i związki z WSI, odpowiedział, że „to po prostu jest stan, w którym nie funkcjonuje demokracja”. – Nie ma demokracji bez wolnych mediów – tłumaczył.

Mówiąc o kampanii Andrzeja Dudy prezes PiS zaznaczył, że nie uczestniczy w pracach sztabu wyborczego. – Sztab jest miejscem gdzie powinny być szybko podejmowane decyzje. Jestem wprowadzony w to co się dzieje, ale nie podejmuje decyzji, nie uczestniczę w dyskusjach o charakterze technicznych – powiedział na antenie TV Republika.

Pytany z kolei o zabezpieczenie wyborów przez PiS, podkreślił, że partia ma „przeszło 60 tys. osób skierowanych do komisji”. – Jesteśmy też w kontakcie z PKW i działamy razem z Ruchem Kontroli Wyborów – mówił. – Mam nadzieję, że to wyjdzie, ale proszę pamiętać, że tu dużo zależy od determinacji – podkreślił.

Dodał też, że przy obecnej organizacji, struktury zaangażowane w kontrolowanie przebiegu wyborów są w stanie obliczyć wyniki wyborów samodzielnie nawet w skali całego kraju.

Dopytywany natomiast o to, czy będzie prowadził rozmowy z Pawłem Kukizem przed druga turą, odparł, iż „to taka polityczna kuchnia”, o której nie chce mówić. – Zostawmy to następnym dniom – powiedział.

Jarosław Kaczyński nie martwi się też o dobry wynik Andrzeja Dudy. – Jestem dobrej myśli – oświadczył.

źródło: niezależna.pl

zdjęcie: TV Republika

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Atakujący spot obrócił się przeciwko Komorowskiemu. Sprawdź, kto stoi za Dudą. HIT INTERNETU

Takiego obrotu spraw sztabowcy Platformy raczej nie przewidywali. Opublikowany wczoraj spot, w którym kandydat PiS Andrzej Duda pokazany został z twarzą Jarosława Kaczyńskiego został wyśmiany przez internautów. Co więcej, na ostatniej prostej przed wyborami to właśnie Duda, a konkretnie hashtag „#Za_Duda_stoi” stał się hitem internetu.

Do atakującego go spotu sztabu Komorowskiego odniósł się wczoraj w czasie debaty na antenie TVN24 sam Andrzej Duda.

– Nie wiem kto jest za moimi plecami? Może operator? – żartował Duda i dodał – Widziałem po tym spocie mnóstwo różnych śmiesznych memów i zdjęć w internecie, że za Dudą stoi na przykład Chrystus w Świebodzinie. Było też zdjęcie, że za mną stoi redaktor z „Gazety Wyborczej”, czyli stoi za mną „Gazeta Wyborcza”. Początkowo byłem zniesmaczony tym spotem – jestem samodzielnym człowiekiem – mówił Andrzej Duda.

W ciągu zaledwie kilku godzin media społecznościowe zalała cała fala zdjęć i memów oznaczonych „#Za_Duda_stoi”. Internauci sugerowali na przykład, że „za Andrzejem Dudą stoi Giewont” i pokazywali zdjęcie Dudy, na którym w tle faktycznie widać góry.

http://niezalezna.pl/66810-atakujacy-spot-obrocil-sie-przeciwko-komorowskiemu-sprawdz-kto-stoi-za-duda-hit-internetu

źródło: niezależna.pl

Napisano wOgólnieKomentarzy (0)

Related Sites